poniedziałek, 31 stycznia 2011

Bundeena

W ogóle to zapomniałem napisać o tym niesamowitym miejscu, a chyba jak do tej pory to z krajobrazu to nic tego nie przebije.

Bundeena to półwysep leżący jakąś godzinę jazdy pociągiem od centrum Sydney - choć w dalszym ciągu jest to jednak Sydney. Wybrałem się tam w przeddzień wyjazdu do Port Stephens na sylwka. Wraz z moim kolegą Davidem i koleżanką Zuzi (odpowiednio z Czech i Słowacji) postanowiliśmy zrobić coś fajnego a nie siedzieć na  tyłku w mieście - wyszło, że jedziemy do Bundeeny.

Spotkaliśmy się o godzinie 7 rano przed Central Station - głównym dworcem kolejowym w Sydney gdzie wsiedliśmy w miejski pociąg i z wolna przemieszczaliśmy się w wybranym kierunku. Pociąg jak pociąg chyba nie muszę Wam tłumaczyć jak to działa hę? W każdym razie po godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce. Ale żeby dostać się na półwysep trzeba było z pociągu przesiąść się na prom - co akurat było bardzo przyjemne gdyż już koło godziny 8/9 rano robi się naprawdę gorąco. Po 20 minutowej podróży promem zdesantowaliśmy się na brzeg i po uprzednim kupieni kilku piwek na drogę i zorientowaniu się w sytuacji ruszyliśmy na trasę - oczywiście pieszo.
Cała trasa wzdłuż wybrzeża ma jakieś 16 km - jakieś 4 godziny marszu. Wydaje się straszne, ale w rzeczywistości to całkiem przyjemny spacer kiedy idzie się brzegiem klifu słońce grzeje, a od oceanu wieje chłodząca bryza. Niestety kupiliśmy tylko 6 pack i piwo szybko wyszło.
Cały ten region jest parkiem narodowym ze względu na Aborygenów - to jest ich święta ziemia i można spotkać znaki przypominające turystom, że należy zachowywać się godnie. (Kto ma FB to wie jak to wygląda, a Ty Miłanku zwyczajnie musisz sobie założyć : P )
Ale widoki tam są naprawdę nie z tej ziemi - wielkie fale rozbijające się o 40 metrowe klify, dzikie plaże jakich w okolicach Sydney jest bardzo mało. Naprawdę można poczuć coś magicznego w takim miejscu.
Jak się oczywiście domyślacie przejście 16 km zajęło nam trochę czasu, ale o dziwo nie czuliśmy jakiegoś większego zmęczenia - wszystko byłoby dobrze gdyby nie żar lejący się z nieba i wysysający z nas energię. Dobrze, że mieliśmy sporo wody i to piwo na początku bo choć wypiłem chyba z 5 litrów wody to w ogóle nie chciało mi się sikać.
Ale nie uwierzycie jak dobrze smakował zimny Poweraide (w kolorze niebieskim - i tu muszę przyznać, że to Kamil mi wgrał go ). Chyba jedna z najlepszych chwil w moim życiu :P


A tutaj sobie ćwiczyłem karate. A co!


Super święta skała Eagle Rock.


A tu najzwyklejszy widoczek na klify, o których wspomniałem wcześniej



Po powrocie do domu padłem wydymany jak koń po westernie. Ale zdecydowanie było warto  ! ! !

czwartek, 27 stycznia 2011

Dziś są Twoje urodziny!

Jako że dziś jeden z moich najlepszych przyjaciół ma urodziny (23!) to wypada złożyć życzenia!

Mój ukochany Kamilku - zdrówka, kasy i szczęścia. Oprócz tego trzymam mocno kciuki za Twoją pracę inżynierską, choć wiem, że rozpierdolisz ich z palcem w dupie!

                                                        ( zdjęcie chyba sprzed 2 lat )


Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Ziom!

wtorek, 18 stycznia 2011

Brazylijska piła i bbq

Ostatnimi czasy stało się u nas w domu tradycją, że co niedzielę śmigamy sobie na boisko i gramy w nogę. Nikogo nie powinno to dziwić w końcu większość moich współlokatorów to Brazylijczycy. Ale w zeszłą niedzielę postanowiliśmy zrobić jeszcze sobie grilla, jako że jeden z naszych Brazylijczyków miał urodziny. Do boicha mamy może jakieś 5 minutek piechotką także zapowiadało się na przyjemny spacer... ale co tu dużo mówić - jakieś 300 metrów po wyjściu z domu zacząłem się topić. Zwyczajnie dla mnie tak wysokie temperatury to jest lekki przesadzym. Nawet Brazylieros, którzy przyzwyczajeni są przecież do tak wysokich temperatur zaczęli narzekać na gorąco. Ale grać trzeba - to przecież religia u nich :) Boisko jest trawiaste, nie ma  żadnych bramek bo przy okazji jest to boisko do krykieta, baseballu i jeszcze miliarda innych sportów. Bramki zrobiło się z plecaków, podzieliło się na 2 drużyny ( a było co dzielić - było nas 10 chłopa) i po chwili bez żadnych butów rozpoczęliśmy mecz. Gra się super, a Brazylieros naprawdę potrafią grać. Nie wszyscy co prawda, dzięki czemu mogłem powymieniać kilka piłek i nie byłem najgorszy na boisku :) W miedzy czasie w pobliskim parku jakaś rodzinka robiła super słodkie urodziny swojemu dzieciakowi - super baloniki i takie pierdoły. Widzieli, że latamy po tym boisku i zauważyli, że powoli robimy się zmęczeni - zwłaszcza, że słoneczko naprawdę naparzało. I tu ciekawa sprawa - w Polsce właściwie nie spotykana - rodzinka przyszła do nas, żebyśmy chwilę odpoczęli, dali nam ciastka, a my odśpiewaliśmy dzieciakowi 100 lat po brazylijsku - no dobra ja nie śpiewałem :p
W każdym razie pytali skąd jesteśmy i co robimy i takie tam.
Po meczu (moja drużyna przegrała) poszliśmy wydymani do domu wrzucić się pod zimny prych. Kiedy wszyscy się ogarnęli poszliśmy do markietu kupiliśmy 3 zgrzewki browaru, kupę mięcha, węgiel i zaczęło się wielkie grillowanie. Jako, że byłem jedyny Polak zaraz zaproponowano mi się skombinowaną gdzieś ruską wódkę (nie omieszkałem podkreślić, że Polska wódka jest miliard razy lepsza). Ale nie tylko - Brazylijczycy zrobili mi Caipirinha'e - drink z cytryną, ichniejszym alkoholem kashasą i cukrem.... M I O D Z I O ! I do tego wszystkiego oczywiście browarek i mięsko. Wszystko byłoby oko gdyby nie to, że było tak kuresko gorąco.


W każdym razie posiadówa skończyła się dopiero koło 12 i niektórzy najtwardsi Brazylieros poszli żygać... LAME :D

piątek, 14 stycznia 2011

Wakacjów ciąg dalszy

       Trochę zaniedbałem blogaska, ale tak jak pisałem na początku - z moim słomianym zapałem można było się tego spodziewać. Ale skrobnę coś :)

      Jednym z ważniejszych punktów wakacji tutaj była oczywiście Wigilia z Brazylijczykami i Sylwestrowy wyjazd pod namioty.


     Jako, że Wigilia był szybciejsiej to napiszę o niej pierwej. Święta w Brazylii wyglądają mega inaczej niż u nas. Przede wszystkim różnią się potrawy, ale do nich jeszcze wrócę. Dla mnie największym szokiem była pora i atmosfera. U nas w kraju, Wigilię spędza się z rodzinką zmulając - kolację ( zależności od tradycji rodzinnej) je się koło 18 / 20. Natomiast Brazylieros nic nie jedzą aż do północy! Dopiero o 12 można jeść - wcześniej zazwyczaj są rozmowy przy piwie - najczęściej o piłce nożnej oczywiście, choć jako że byłem jedynym nie Brazylijczykiem na kolacji sporo rozmawialiśmy o tym jak wygląda Polska i Europa w porównaniu z Brazylią. Co ciekawe dla nich to my jesteśmy mega egzotyczni i śnieg w grudniu lub styczniu nie mieści im się w głowie - precyzując, choć wszyscy są tutaj ode mnie starsi nigdy w życiu nie widzieli śniegu! I to, że u nas jest mnóstwo puchu o tej porze roku wydawało im się niewiarygodne.



Co do potraw - okazuje się, że przysmakiem w Brazylii jest coś na kształt naszej sałatki warzywnej tylko jest jedna różnica... oni do całej potrawy dodają kupione w sklepie chipsy! Na początku byłem sceptyczny, ale dałem się przekonać - i nawet było całkiem dobre :) Mają też coś na kształt proszku - jedzą korzeń w proszku. To niby jakaś specjalna roślina, która sobie rośnie i tradycyjną formą jedzenia jej jest właśnie w formie proszku. Niestety nie mam zdjęć, ale wygląda to trochę jak nasza bułka tarta i jest podobnej konsystencji. Smak? Szału nie było. Pamiętam jeszcze, że była pieczeń w sosie musztardowym - za cholerę nie wiem co to był za rodzaj mięsa, ale było bardzo smaczne. No i jak wspomniałem wcześniej piwo jest nieodłącznym składnikiem ichniejszej Wigilii. Do kościółka śmigają wcześniej niż my - koło godziny 17 - i oczywiście nie ma pasterki.
Po godzinie 12 kiedy wszyscy już zjedli zazwyczaj całe towarzystwo się rozchodzi do klubów na wielką imprezę. Wygląda to bardziej jak Sylwester niż Wigilia, ale z kolei Sylwek jest u nich bardziej rodzinnym świętem i wygląda bardziej jak nasza Wigilia :)


Na Sylwestra zdecydowałem się opuścić Sydney - wiem, przegapiłem fajerwerki, ale postanowiliśmy ze znajomymi ruszyć się poza miasto, gdyż jak wiecie u mnie pełnia lata i potrafi być mega gorąco. Zwłaszcza w mieście. Wraz z trójką Kolumbijczyków i Irlandyczkiem ( jeśli przeglądacie FB to wiecie jak wyglądają i o kim mówię) postanowiliśmy wynająć samochód i ruszyć na północ w poszukiwaniu pięknych plaż i trochę oddechu od 5 milionowego Sydney. Zamówiliśmy sobie kamping w Port Stephens (trochę nasze Międzyzdroje dla mieszkańców Sydney) i ostatniego dnia grudnia ruszyliśmy w drogę. Jako że nasz Irlandczyk jest też przy okazji Australijczykiem pokazał nam po drodze kilka fajnych miejscówek. Czasem szczena opadała - zdecydowanie warto odwiedzić :)
Droga zajęła nam około 4 godzin, ale szybko minęło na wygłupach i innych pierdołach. Jako, że Ciaran (Irlandczyk) jest fanem AC/DC podróż minęła głośno. Oczywiście nie obyło się bez sytuacji awaryjnych - tutaj jak wyjedzie się poza większą aglomeracją NAPRAWDĘ trzeba uważać na kangury - lubią skubane wyskoczyć w ostatniej sekundzie przed maskę. Nam na szczęście udało się w żadnego nie uderzyć, ale jeden gamoń przeskoczył nasz samochód kiedy próbowaliśmy ochłonąć po mocnym hamowaniu...
Kamping okazał się całkiem spoko - basen, kręgle, mini-golf i takie pierdołki.
Ale najważniejsze jest to, że było niedaleko do plaży. Moją ulubioną była plaża nazwana Zenith - to ta gdzie na FB mam zdjęci strzelone z rąsi. Naprawdę coś niesamowitego - ogormne fale, woda ciepłutka, piwo zimne. Raj.
Generalnie cały wypad spędziliśmy na różnych plażach w okolicach Port Stephens, ale udało nam sie także zobaczyć delfiny (zgodnie ustaliliśmy, że delfiny ''are gay'', ale także ogromne piaszczyste wydmy w okół wybrzeża.
W Port Stephens jest jedyne miejsce na wschodnim wybrzeżu Australii gdzie można zobaczyć jak słońce zachodzi nad morzem - widok jest naprawdę niesamowity.
Generalnie bardzo dobry wypad, kilka razy nawet udało mi się narąbać :)
No i nad naszymi namiotami zdecydowała się przekimać koala, więc dodatkowa atrakcja - nigdy nie widziałem dzikiej  koali :D

W drodze powrotnej do Sydney zdecydowaliśmy się ruszyć do Hunter Valley - jest to największy w Australii region produkcji win. Mnóstwo winnic i naprawdę super widoczki. Dodatkowym bonusem oczywiście jest to, że w każdej winnicy jest darmowe próbowanie - także po odwiedzeniu 5 byłem już nieźle zaprawiony nie wydając ani centa!