piątek, 25 marca 2011

Maconheiro!

Siemandero, długo nic nie pisałem bo w sumie i nie było specjalnie o czym pisać. Robi się monotonia i mieszkanie w Sydney (mimo wszystkich jego niewątpliwych uroków) staje się zwyczajną codzienną egzystencją. Minął już czas kiedy za każdym razem obracałem głowę przejeżdżając koło Opery lub przez Harbour Bridge.

Ale kilka ostatnich dni owocowało w kilka bardziej śmiechowych akcji, więc przynajmniej jest o czym napisać :)

Dwa tygodnie temu wprowadziły się do mnie do domu 2 polki i jakoś tak wyszło, że zaprosiłem moich polskich znajomych i zrobiliśmy sobie polski wieczorek przy poezji Sienkiewicza. Impreza zaczęła się koło godziny 21 - winko, ''Kolorowe Jarmarki'' na youtubie, świeże powietrze i gadanie o wszystkim i o niczym. I się okazało, że jest nas całkiem spora grupa, bo udało mi się zebrać 7 osób z Polski ! Uznaliśmy, że to największa Polska impreza w Nowej Południowej Walii. W każdym razie rozmowy się toczyły, przy coraz wyższym współczynniku spożycia i około 2/3 w nocy kiedy w sumie trzeba było powoli się zabierać Czarosław (wspominałem o nim wcześniej) postanowił, że czas się ruszyć na plażę. Jak powiedzieliśmy tak też zrobiliśmy i ekipą ruszyliśmy się w okolicę. Zapomniałem napisać, że część optowała, żeby zabrać z nami stolik bo jak się siądzie na plaży to będzie na czym postawić fanty. Stolik poszedł z nami. Oczywiście po jakiś 5 metrach od razu znaleźliśmy jeden problem - nikt nie wiedział, gdzie ta plaża jest. Chodziły słuchy, że w '' o tutaj niedaleko, 20 minut piechotką'' , ale nikt nie wiedział w jakim kierunku. Niezrażeni poszliśmy ''w tamtym kierunku'' licząc na to, że prędzej czy później do jakiejś wody musimy dojść. Nie mogę napisać wszystkiego, bo szpiedzy szpiegują na maxa i Monika to by mnie chyba zabiła gdybym opisał dokładnie CAŁĄ trasę, ale mogę Wam powiedzieć, że było świetnie. Po drodze zatrzymaliśmy się na pobliskim polu golfowym, aby zrobić użytek z naszego stolika i trochę podreperować siły jakimś lekkim trunkiem. Po chwilowej przerwie część ekipy postanowiła wrócić do domu, podczas gdy najtwardsi ( ze stolikiem na garze) udali się w dalsze poszukiwanie plaży. Idziemy, idziemy a to miało być gdzieś pod Warszawą...! W pewnym momencie kierownik wycieczki zarządził - ''Schodzimy tutaj, tam jest plaża'' - oczywiście poszliśmy za jego przykładem i zaczęła się stroma droga w dół po ciemku, z tym durnym stolikiem.... aha... no i tam gdzie schodziliśmy to była czyjaś posiadłość z płotem, ścieżkami i domem. Ale co tam nie zraziliśmy się, wygląda na to, że wbiliśmy się komuś o 4 w nocy na posiadłość, żeby skorzystać sobie z jego mola i trochę się ochłodzić w wodzie. Posiedzieliśmy chyba do 5 rano nad wodą - miodzio.
Ale przyszedł czas powrotu - i to kawałek był, a my w jakimś specjalnym spacerowym nastroju to nie byliśmy. Czarosław odpadł pierwszy, powiedział, że nie ma siły dalej iść, powiedział ładnie ''cześć'' i położył się spać na polu golfowym w jakiejś małej jaskini :)
Została nas już tylko trójka. Odprowadziłem moich gości na przystanek- była już chyba 7 rano i sam grzecznie udałem się do spania.

----

Jako, że w moim domu mieszka sporo ludzi z różnych krajów (głównie z Brazylii) często siadamy sobie na podwórku w naszych krzesełkach i zaczynają się dysputy o polityce i na naszych krajach. Nie tak dawno temu wprowadził się do nas do domu Włoch - Mauro. Mega spoko typek, mamy podobne poglądy na wiele spraw i podobne poczucie humoru. Tak jak ja nie lubi Mercedesów, a najlepszym sportowym autem jest oczywiście Aston Martin. Ale nie o tym chciałem pisać.
Pewnego razu temat zszedł na politykę. Ja oczywiście wspomniałem Smoleńsk, a on opowiedział mi o Berlusconim. Zapytałem go dlaczego trzymają tego pajaca na stanowisku Premiera, zwłaszcza, że niedawno wybuchła jeszcze jakaś afera seksualna z jego udziałem. Przyznał mi rację, ale powiedział, że nie za bardzo jest na kogo innego głosować bo opozycja jest jeszcze gorsza! Szef opozycji jest zwyczajnym Mafioso i podobno jest jeszcze większym kretynem niż obecny Premier. Nie umiem tego oddać, ale kiedy on mi to opowiadał to myślałem, że padnę ze śmiechu.
Ale powiedział mi jeszcze jedną ciekawą rzecz jaka dzieje się we Włoszech. Oczywiście związaną z piłką nożną. Nie wiem jak jest u nas w kraju dokładnie, więc może ten system też u nas działa. W każdym razie u nich w kraju jest chyba 14 różnych lig poczynając od Serie A. Powiedział mi, że grając w ostatniej lidze zarabiał rocznie 14 euro. Mówi, że wie że to gówno, ale dostawał do rządu 14 euro rocznie tylko dlatego, że chodził z kumplami raz czy dwa razy w tygodniu pokopać piłkę. Najśmieszniejsze jest to, że gdyby inny ''klub'' zechciał go wykupić to musiałby za niego zapłacić... 14 euro! :D Przy okazji dowiedziałem, się o fajnych miejscach we Włoszech, które trzeba odwiedzić, a nie są one jakoś specjalnie turystycznymi regionami.

----

Wspominałem kiedyś, że tradycyjnie gramy tutaj sobie w piłkę nożną. Tym razem mecz wypadł we wtorek i tłumnie ( 6 typa) udaliśmy się do pobliskiego parku pograć trzech na trzech. Pisałem kiedyś o tym parku, zawsze się tam coś dzieje i mnóstwo ludzi się zbiera żeby pograć w piłę, pobiegać czy co tam jeszcze. Bardzo często można spotkać drużyny piłkarskich dzieciaków, z trenerem, koszulkami i tego typu akcje. Kiedy sobie spokojne graliśmy podszedł do nas ich trener i zapytał, czy nie mamy ochoty zmierzyć się z jego drużyną, składającą się z 16/17 latków. Oczywiście się zgodziliśmy. Ej i nawet nie byli od nas jakoś specjalnie lepsi - powiem Wam, że nawet wygraliśmy ten mecz mimo ich super profesjonalnego ''coach'a'' i niby mega zorganizowanej gry. Ale my w składzie mieliśmy 3 Brazylijczyków :) Do czego zmierzam? co 15 minut ich trener brał przerwę i ustawiał chłopaków taktycznie i dawał im super rady jak być lepszymi piłkarzami. Wszyscy słuchali go z uwagą, poważnymi minami i potakiwali. Podczas gdy my zwyczajnie ciepnęliśmy się na trawie i zaczęliśmy zbierać kasę na grilla i piwko, o którym myśleliśmy żeby sobie zrobić po meczu. Ot różnica pokoleń - oni taktyka i organizacja, my piwko i grill :)

No i wspomniałem jeszcze, że wraz z ludźmi w mojej starej szkoły i kilkoma nowymi znajomymi pływaliśmy sobie statkiem po zatoce! 3 godzinny rejs, z muzyką, pizzą za darmo i barem ( nie za darmo...) ale naprawdę piękna sprawa. 3 pokłady, świeże powietrze, muza i Sydney nocą. Zdecydowanie polecam :)


Aha! No i osiągnąłem już dno ubraniowe, mam nadzieję, że paczka z Polski dojdzie jakoś w dającej się przewidzieć przyszłości! Dziś musiałem odpruwające się kieszenie w moich spodniach przykleić super glue!

wtorek, 1 marca 2011

Tydzień jak tydzień

Moje życie tutaj to niestety nie tylko przygody, walki z krwiożerczymi koalami lub karmienie krokodyli. Czasem bywa i tak, że zwyczajnie siedzę i jakoś specjalnie produktywnie czasu nie spędzam.

I tak też było w tym tygodniu. W czwartek jak w każdy czwartek udałem się do Shark Hotel na standardowego billarda i pogaduchy. Już mi w krew weszły takie wypady - zawsze dobrze spotkać się ludźmi i trochę pomłócić w bilarda. Ale jak kilka  razy pewnie już wspomniałem Australia w sferze systemu edukacji w niczym nie przypomina naszej kochanej Polski. Tutaj niczym szczególnym nie jest wyjście z wykładowcami na browarka (cz nawet na jakieś większe picie). Poza szkołą wszyscy stają się kolegami i nie ma większych różnic między studentami i wykładowcami. Tak też stało się w ten czwartek - po kilku rundkach bilarda ze znajomymi wyczaił mnie przy stole były dyrektor mojej szkoły - Miguel. Poważny koleś, lekko po 40 - w szkole zawsze budził respekt. A w barze? ''Jo Adam, come on let me kick your ass in pool!'' Jak zapowiedział tak też zrobił i zmiażdżył mnie w pierwszym meczu. Nie pamiętam, czy udało mi się w ogóle cokolwiek wbić bo chyba nie dał mi okazji - podszedł do stołu i wszystko powbijał. Rozegraliśmy chyba ze 3 czy 4 gry i ani razu nie udało mi się wygrać, choć raz czy dwa nawiązałem w miarę równą walkę. Ale dobry jest koleżka i tyle.
Lubię Shark Hotel - ulokowany w ścisłym centrum na Liverpool St. oferuje tanie piwko i taniego bilarda - przez co pewnie jest często odwiedzany przez studentów, choć co ciekawe zdarzają się kolesie pod krawatami. Ale bar ten ma jedną niezaprzeczalną i wkurzającą wadę - o 21 zaczyna się tam karaoke. Nie ma jakoś nic specjalnie to karaoke, choć sam nie śpiewam, ale puszczają to na maxa głośno, nie da się gadać, a i wykonawcy niestety zwyczajnie zazwyczaj nie dają rady.
I cały czar piwka, grania w bilarda pryska bo zaczyna się wkurzające śpiewanie. Wtedy najczęściej zawijamy się w jakieś inne miejsce (często jest to na przykład ławeczka w parku, gdzie można się bezstresowo raczyć jakimś piwkiem jak to ma ochotę, lub zwyczajnie siada się na trawce i chilluje). Tym razem jednak za namową Miguela poszliśmy do pobliskiego irlandzkiego pubu - do Scruffy-Murphy's. Wraz z nowo poznaną ekipą francusko/kolumbijsko/węgiersko/argentyńsko/haitańską chcieliśmy się załapać na tzw. Trivia
Kto ogrania trochę angielskie puby, choć i nie tylko to wie o czym mówię. Dla tych (jak na przykład dla mnie) dla których jest to nowa opcja śpieszę z tłumaczeniem - trivia jest to konkurs, który polega na odpowiadaniu na pytania zadawane przez prowadzącego. Zgłasza się drużynę, dostaję się kartkę i w ciągu powiedzmy 2 godzin trzeba odpowiedzieć na serię pytań, które prowadzący zadaje co kilka minut, tak ażeby goście zdążyli się naradzić i zamówić kolejny dzbanek piwa. Ale mega bezstresowo - pijesz piwko z ekipą, kłócisz się o to jaka jest prawidłowa odpowiedź i generalnie miło spędzasz czas. Pan prowadzący (oczywiście Irlandczyk) często wrzuca jakieś swoje komentarze, często klnie w kozackim irlandzkim stylu.
No zabawa jest spoko :)

Piątek równie bezproduktywnie - jedyne co zrobiłem to pojechałem na Bondi ogarnąć Temat.
Spotkania ze znajomymi, wyjścia do pobliskich parków, jaranie grilla - leniwo. No i było sporo tematów do obgadania :)
Aha! W piątek Czarosław mnie wyciągnął w plener, żeby zintegrować się z naturą. Nie za bardzo byłem chętny na jakiekolwiek tripy bo za dobrze mi się gadało. No, ale namówił mnie. Wybrałem się kamienistą drogę do buszu (sporo buszu rośnie w mojej okolicy i mimo, że sporo jest takich ładnych parków z trawką to spora część to po prostu porobione ścieżki w nieruszanym przez nikogo buszu) w klapkach! Kiedy dotarliśmy na naszą miejscówę - wodospadzik - żeby sobie przycupnąć w najlepszym miejscu trzeba się przerzucić na drugą stronę strumyczka, który ma może jakiś 1,3 m szerokości. W normalnych butach i bez niespodziewajki to tzw piece of cake, ale jako że podróżowaliśmy z Orange a ja byłem w klapach to wiadomo było, że dojdzie do katastrofy.
No i doszło.
W czasie lądowania po drugiej stronie nóżka mi się powinęła o śliską skałę i co tu dużo mówić wyrżnąłem się nieźle. Nie dość, że paskudnie stłukłem sobie kolano to jeszcze wpadłem przecież do tego strumyka. Cały się oczywiście upierdzielałem, a okulary to przeleciały chyba ze 2 metry jak byłem w fazie wypierdzielania się.

Ale jakoż żyje choć musiałem trochę pokuśtykać niestety :)


HEJ! Życie tutaj to jednak są tylko przygody, nawet jak człowiek chce się zwyczajnie zrelaksować ze znajomkami...

Banksy na dziś: