wtorek, 30 listopada 2010

If you're gonna be dumb you have to be tough!

Szalone kilka ostatnich dni.
Do mojego domu wprowadził się ziomek z Polski. Jako mój rodak przywitał się odpowiednio ( 0.7). Koło godziny 17 w niedzielę byliśmy już porobieni. Zamiast zostać grzecznie w domu postanowiliśmy ruszyć się do miasta na bilarda i jakieś piwko. Zadzwoniłem do kilku znajomych i ustawiliśmy się w shark hotel na liverpool st.  Po kilku piwkach nikt nie chciał kończyć imprezy. No to wiadomka - zrzuta na krate browarów i idziemy w plener. ''Plener'' w Sydney zazwyczaj oznacza chlanie w parku. Mając już nieźle w czubie rozsiedliśmy się na ławce w Hyde Parku przy fontannie. Kulturka. Z tym, że po jakimś czasie zaczęło nam odpierdzielać i skończyło się kąpielą w fontannie. Nago. Uczciwie muszę przyznać, że osobiście się nie kąpałem bo nie za bardzo byłem żywy. Chwile po kąpieli dołączył do nas Australijczyk, który własnie uciekł ze szpitala psychiatrycznego... serio! Wymknął się, żeby napić się piwa i zajarać szluga :D
 Koło 2 albo 3 alkohol się skończył i ruszyliśmy na miejscówe do spania. Spaliśmy u znajomka na chacie, którą dzieli z innymi zagranicznymi studentami, a właściwie powinienem powiedzieć studentkami. Głównie z Fracji.
Wyobraźcie sobie ich zdziwienie kiedy nad ranem zobaczyły mnie - 100 kilogramowego wieloryba, raczej nie ogolonego i ciągle pijanego śpiącego na ich kanapie o 6 rano w poniedziałek
A w poniedziałek - na 8 rano mam do szkoły i akurat tego dnia musiałem w niej być. Więc wstałem, ubrałem buty powiedziałem ładnie ''bye'' do moich nowych ''koleżanek'' i pobiegłem na autobus, żeby coś się ogarnąć i jeszcze ruszyć się na uczelnię
Szkoła była straszna.

sobota, 27 listopada 2010

Yo!

 Kolejny dzień w słonecznym Sydney. Dziś jak zapowiadałem ruszyłem dupę do biblioteki, ażby przygotować ten durnowaty esej o internecie. Jak nie dasz 3 albo 4 źródeł książkowych to zostajesz ukamienowany... No dobra może nie do końca, ale naprawdę nie polecam używania tylko netu tutaj. To trochę jak w ameryckich filmach - każdy dzieciak mówi, że nie może iść na super młodzieżową banię do Mike'a bo musi iść do biblioteki. Całą swoją karierę naukową spędziłem raczej nie specjalnie przesiadując w tego typu instytyucjach, podczas gdy tutaj jeśli nie chcę być wywalony bo kilku dniach będę zmuszony poświęcać na to czas. Ale za to nadrabia to wszystko takim klimatem akademickim, którego moim zdaniem brakuje na naszych polskich uczelniach. Zdjęcie niżej przedstawia część kampusu uniwerku technicznego Sydney, gdzie ostatnio zdarzyło mi się pograć trochę w kosza. Czy aż się kurde nie chce studiować? Zaraz obok jest basen, korty tenisowe i takie bajery, a cała reszta parku też naprawdę robi nieziemskie wrażenie.
Na focie niżej możecie zobaczyć jak wygląda budynek uniwerku. Spoko są takie stare kilimaciwa, pachnie długą tradycją akademicką ( no może ''długa'' nie jest tutaj najlepszym słowem, kraj ma raptem 200 lat z hakiem) Ale spoko jest, że wszystko jest na kupie i jest gdzie posadzić tyłek w przerwach zajęć albo po nich. Syfu brak.

piątek, 26 listopada 2010

Kurde. Odzwyczaiłem się od nauki jako takiej. Na studiach kazano mi zaliczać egzaminy a nie umieć cokolwiek. Teraz niestety sporo się zmienia. Do szkoły codziennie na 8 rano i nie ma przebacz. No i muszę się uczyć. Dacie wiarę? Dzień w dzień! Jutro jest sobota a ja jak każdy człowiek w moim wieku powinienem leczyć kaca, ale zamiast tego idę do biblioteki zbierać materiały na mój najnowszy esej... A jeszcze nawet nie zacząłem nauki na uniwerku tylko szlifuję angola! Czasem wydaje mi się, że Australijski system edukacji ssie!

No to jadziem!

Zachęcony przez kolegów z uczelni postanowiłem spróbować swoich sił jako blogger. Zobaczymy jak długo uda mi się cokolwiek pisać bo znając mój słomiany zapał pewnie skrobnę jeszcze ze 3 posty i będzie po blogowaniu. Ale co tam :)