piątek, 25 marca 2011

Maconheiro!

Siemandero, długo nic nie pisałem bo w sumie i nie było specjalnie o czym pisać. Robi się monotonia i mieszkanie w Sydney (mimo wszystkich jego niewątpliwych uroków) staje się zwyczajną codzienną egzystencją. Minął już czas kiedy za każdym razem obracałem głowę przejeżdżając koło Opery lub przez Harbour Bridge.

Ale kilka ostatnich dni owocowało w kilka bardziej śmiechowych akcji, więc przynajmniej jest o czym napisać :)

Dwa tygodnie temu wprowadziły się do mnie do domu 2 polki i jakoś tak wyszło, że zaprosiłem moich polskich znajomych i zrobiliśmy sobie polski wieczorek przy poezji Sienkiewicza. Impreza zaczęła się koło godziny 21 - winko, ''Kolorowe Jarmarki'' na youtubie, świeże powietrze i gadanie o wszystkim i o niczym. I się okazało, że jest nas całkiem spora grupa, bo udało mi się zebrać 7 osób z Polski ! Uznaliśmy, że to największa Polska impreza w Nowej Południowej Walii. W każdym razie rozmowy się toczyły, przy coraz wyższym współczynniku spożycia i około 2/3 w nocy kiedy w sumie trzeba było powoli się zabierać Czarosław (wspominałem o nim wcześniej) postanowił, że czas się ruszyć na plażę. Jak powiedzieliśmy tak też zrobiliśmy i ekipą ruszyliśmy się w okolicę. Zapomniałem napisać, że część optowała, żeby zabrać z nami stolik bo jak się siądzie na plaży to będzie na czym postawić fanty. Stolik poszedł z nami. Oczywiście po jakiś 5 metrach od razu znaleźliśmy jeden problem - nikt nie wiedział, gdzie ta plaża jest. Chodziły słuchy, że w '' o tutaj niedaleko, 20 minut piechotką'' , ale nikt nie wiedział w jakim kierunku. Niezrażeni poszliśmy ''w tamtym kierunku'' licząc na to, że prędzej czy później do jakiejś wody musimy dojść. Nie mogę napisać wszystkiego, bo szpiedzy szpiegują na maxa i Monika to by mnie chyba zabiła gdybym opisał dokładnie CAŁĄ trasę, ale mogę Wam powiedzieć, że było świetnie. Po drodze zatrzymaliśmy się na pobliskim polu golfowym, aby zrobić użytek z naszego stolika i trochę podreperować siły jakimś lekkim trunkiem. Po chwilowej przerwie część ekipy postanowiła wrócić do domu, podczas gdy najtwardsi ( ze stolikiem na garze) udali się w dalsze poszukiwanie plaży. Idziemy, idziemy a to miało być gdzieś pod Warszawą...! W pewnym momencie kierownik wycieczki zarządził - ''Schodzimy tutaj, tam jest plaża'' - oczywiście poszliśmy za jego przykładem i zaczęła się stroma droga w dół po ciemku, z tym durnym stolikiem.... aha... no i tam gdzie schodziliśmy to była czyjaś posiadłość z płotem, ścieżkami i domem. Ale co tam nie zraziliśmy się, wygląda na to, że wbiliśmy się komuś o 4 w nocy na posiadłość, żeby skorzystać sobie z jego mola i trochę się ochłodzić w wodzie. Posiedzieliśmy chyba do 5 rano nad wodą - miodzio.
Ale przyszedł czas powrotu - i to kawałek był, a my w jakimś specjalnym spacerowym nastroju to nie byliśmy. Czarosław odpadł pierwszy, powiedział, że nie ma siły dalej iść, powiedział ładnie ''cześć'' i położył się spać na polu golfowym w jakiejś małej jaskini :)
Została nas już tylko trójka. Odprowadziłem moich gości na przystanek- była już chyba 7 rano i sam grzecznie udałem się do spania.

----

Jako, że w moim domu mieszka sporo ludzi z różnych krajów (głównie z Brazylii) często siadamy sobie na podwórku w naszych krzesełkach i zaczynają się dysputy o polityce i na naszych krajach. Nie tak dawno temu wprowadził się do nas do domu Włoch - Mauro. Mega spoko typek, mamy podobne poglądy na wiele spraw i podobne poczucie humoru. Tak jak ja nie lubi Mercedesów, a najlepszym sportowym autem jest oczywiście Aston Martin. Ale nie o tym chciałem pisać.
Pewnego razu temat zszedł na politykę. Ja oczywiście wspomniałem Smoleńsk, a on opowiedział mi o Berlusconim. Zapytałem go dlaczego trzymają tego pajaca na stanowisku Premiera, zwłaszcza, że niedawno wybuchła jeszcze jakaś afera seksualna z jego udziałem. Przyznał mi rację, ale powiedział, że nie za bardzo jest na kogo innego głosować bo opozycja jest jeszcze gorsza! Szef opozycji jest zwyczajnym Mafioso i podobno jest jeszcze większym kretynem niż obecny Premier. Nie umiem tego oddać, ale kiedy on mi to opowiadał to myślałem, że padnę ze śmiechu.
Ale powiedział mi jeszcze jedną ciekawą rzecz jaka dzieje się we Włoszech. Oczywiście związaną z piłką nożną. Nie wiem jak jest u nas w kraju dokładnie, więc może ten system też u nas działa. W każdym razie u nich w kraju jest chyba 14 różnych lig poczynając od Serie A. Powiedział mi, że grając w ostatniej lidze zarabiał rocznie 14 euro. Mówi, że wie że to gówno, ale dostawał do rządu 14 euro rocznie tylko dlatego, że chodził z kumplami raz czy dwa razy w tygodniu pokopać piłkę. Najśmieszniejsze jest to, że gdyby inny ''klub'' zechciał go wykupić to musiałby za niego zapłacić... 14 euro! :D Przy okazji dowiedziałem, się o fajnych miejscach we Włoszech, które trzeba odwiedzić, a nie są one jakoś specjalnie turystycznymi regionami.

----

Wspominałem kiedyś, że tradycyjnie gramy tutaj sobie w piłkę nożną. Tym razem mecz wypadł we wtorek i tłumnie ( 6 typa) udaliśmy się do pobliskiego parku pograć trzech na trzech. Pisałem kiedyś o tym parku, zawsze się tam coś dzieje i mnóstwo ludzi się zbiera żeby pograć w piłę, pobiegać czy co tam jeszcze. Bardzo często można spotkać drużyny piłkarskich dzieciaków, z trenerem, koszulkami i tego typu akcje. Kiedy sobie spokojne graliśmy podszedł do nas ich trener i zapytał, czy nie mamy ochoty zmierzyć się z jego drużyną, składającą się z 16/17 latków. Oczywiście się zgodziliśmy. Ej i nawet nie byli od nas jakoś specjalnie lepsi - powiem Wam, że nawet wygraliśmy ten mecz mimo ich super profesjonalnego ''coach'a'' i niby mega zorganizowanej gry. Ale my w składzie mieliśmy 3 Brazylijczyków :) Do czego zmierzam? co 15 minut ich trener brał przerwę i ustawiał chłopaków taktycznie i dawał im super rady jak być lepszymi piłkarzami. Wszyscy słuchali go z uwagą, poważnymi minami i potakiwali. Podczas gdy my zwyczajnie ciepnęliśmy się na trawie i zaczęliśmy zbierać kasę na grilla i piwko, o którym myśleliśmy żeby sobie zrobić po meczu. Ot różnica pokoleń - oni taktyka i organizacja, my piwko i grill :)

No i wspomniałem jeszcze, że wraz z ludźmi w mojej starej szkoły i kilkoma nowymi znajomymi pływaliśmy sobie statkiem po zatoce! 3 godzinny rejs, z muzyką, pizzą za darmo i barem ( nie za darmo...) ale naprawdę piękna sprawa. 3 pokłady, świeże powietrze, muza i Sydney nocą. Zdecydowanie polecam :)


Aha! No i osiągnąłem już dno ubraniowe, mam nadzieję, że paczka z Polski dojdzie jakoś w dającej się przewidzieć przyszłości! Dziś musiałem odpruwające się kieszenie w moich spodniach przykleić super glue!

wtorek, 1 marca 2011

Tydzień jak tydzień

Moje życie tutaj to niestety nie tylko przygody, walki z krwiożerczymi koalami lub karmienie krokodyli. Czasem bywa i tak, że zwyczajnie siedzę i jakoś specjalnie produktywnie czasu nie spędzam.

I tak też było w tym tygodniu. W czwartek jak w każdy czwartek udałem się do Shark Hotel na standardowego billarda i pogaduchy. Już mi w krew weszły takie wypady - zawsze dobrze spotkać się ludźmi i trochę pomłócić w bilarda. Ale jak kilka  razy pewnie już wspomniałem Australia w sferze systemu edukacji w niczym nie przypomina naszej kochanej Polski. Tutaj niczym szczególnym nie jest wyjście z wykładowcami na browarka (cz nawet na jakieś większe picie). Poza szkołą wszyscy stają się kolegami i nie ma większych różnic między studentami i wykładowcami. Tak też stało się w ten czwartek - po kilku rundkach bilarda ze znajomymi wyczaił mnie przy stole były dyrektor mojej szkoły - Miguel. Poważny koleś, lekko po 40 - w szkole zawsze budził respekt. A w barze? ''Jo Adam, come on let me kick your ass in pool!'' Jak zapowiedział tak też zrobił i zmiażdżył mnie w pierwszym meczu. Nie pamiętam, czy udało mi się w ogóle cokolwiek wbić bo chyba nie dał mi okazji - podszedł do stołu i wszystko powbijał. Rozegraliśmy chyba ze 3 czy 4 gry i ani razu nie udało mi się wygrać, choć raz czy dwa nawiązałem w miarę równą walkę. Ale dobry jest koleżka i tyle.
Lubię Shark Hotel - ulokowany w ścisłym centrum na Liverpool St. oferuje tanie piwko i taniego bilarda - przez co pewnie jest często odwiedzany przez studentów, choć co ciekawe zdarzają się kolesie pod krawatami. Ale bar ten ma jedną niezaprzeczalną i wkurzającą wadę - o 21 zaczyna się tam karaoke. Nie ma jakoś nic specjalnie to karaoke, choć sam nie śpiewam, ale puszczają to na maxa głośno, nie da się gadać, a i wykonawcy niestety zwyczajnie zazwyczaj nie dają rady.
I cały czar piwka, grania w bilarda pryska bo zaczyna się wkurzające śpiewanie. Wtedy najczęściej zawijamy się w jakieś inne miejsce (często jest to na przykład ławeczka w parku, gdzie można się bezstresowo raczyć jakimś piwkiem jak to ma ochotę, lub zwyczajnie siada się na trawce i chilluje). Tym razem jednak za namową Miguela poszliśmy do pobliskiego irlandzkiego pubu - do Scruffy-Murphy's. Wraz z nowo poznaną ekipą francusko/kolumbijsko/węgiersko/argentyńsko/haitańską chcieliśmy się załapać na tzw. Trivia
Kto ogrania trochę angielskie puby, choć i nie tylko to wie o czym mówię. Dla tych (jak na przykład dla mnie) dla których jest to nowa opcja śpieszę z tłumaczeniem - trivia jest to konkurs, który polega na odpowiadaniu na pytania zadawane przez prowadzącego. Zgłasza się drużynę, dostaję się kartkę i w ciągu powiedzmy 2 godzin trzeba odpowiedzieć na serię pytań, które prowadzący zadaje co kilka minut, tak ażeby goście zdążyli się naradzić i zamówić kolejny dzbanek piwa. Ale mega bezstresowo - pijesz piwko z ekipą, kłócisz się o to jaka jest prawidłowa odpowiedź i generalnie miło spędzasz czas. Pan prowadzący (oczywiście Irlandczyk) często wrzuca jakieś swoje komentarze, często klnie w kozackim irlandzkim stylu.
No zabawa jest spoko :)

Piątek równie bezproduktywnie - jedyne co zrobiłem to pojechałem na Bondi ogarnąć Temat.
Spotkania ze znajomymi, wyjścia do pobliskich parków, jaranie grilla - leniwo. No i było sporo tematów do obgadania :)
Aha! W piątek Czarosław mnie wyciągnął w plener, żeby zintegrować się z naturą. Nie za bardzo byłem chętny na jakiekolwiek tripy bo za dobrze mi się gadało. No, ale namówił mnie. Wybrałem się kamienistą drogę do buszu (sporo buszu rośnie w mojej okolicy i mimo, że sporo jest takich ładnych parków z trawką to spora część to po prostu porobione ścieżki w nieruszanym przez nikogo buszu) w klapkach! Kiedy dotarliśmy na naszą miejscówę - wodospadzik - żeby sobie przycupnąć w najlepszym miejscu trzeba się przerzucić na drugą stronę strumyczka, który ma może jakiś 1,3 m szerokości. W normalnych butach i bez niespodziewajki to tzw piece of cake, ale jako że podróżowaliśmy z Orange a ja byłem w klapach to wiadomo było, że dojdzie do katastrofy.
No i doszło.
W czasie lądowania po drugiej stronie nóżka mi się powinęła o śliską skałę i co tu dużo mówić wyrżnąłem się nieźle. Nie dość, że paskudnie stłukłem sobie kolano to jeszcze wpadłem przecież do tego strumyka. Cały się oczywiście upierdzielałem, a okulary to przeleciały chyba ze 2 metry jak byłem w fazie wypierdzielania się.

Ale jakoż żyje choć musiałem trochę pokuśtykać niestety :)


HEJ! Życie tutaj to jednak są tylko przygody, nawet jak człowiek chce się zwyczajnie zrelaksować ze znajomkami...

Banksy na dziś:

wtorek, 22 lutego 2011

Goulburn

Po ciężkim tygodniu nauki, przyszedł czas na wielce zasłużony weekend, który tym razem spędziłem poza Sydney - mianowicie postanowiłem wraz z Czarosławem ( moim dobrym człowiekiem z Polski) ruszyć się do miasteczka położonego jakieś 3,5 godziny jazdy pociągiem od Sydney - do Goulburn.


Dlaczego akurat do Goulburn? Szczerze mówiąc nie ma w tym mieście jakiś specjalnych atrakcji turystycznych ani żadnych tego typu akcji. Ale w ten weekend rozgrywały się tam największe w Nowej Południowej Walii zawody rolkarzy. Mnie specjalnie to nie rusza, ale Czarek jest fanem i sam śmiga, więc zaproponował mi wspólną wyprawę. Alternatywą było zostanie w mieście i ruszenie się na Bondi ( najbardziej popularna plaża w Sydney, a przez to również najbardziej komercyjna i zatłoczona) gdzie rozgrywały się pokazy i konkursy deskorolkowe z gwiazdami takimi jak choćby Bob Burnquist, aktualny mistrz świata zdaje się. Ale, jako że nie przepadam z Bondi i wizja ruszenia się poza miasto, zobaczenia kolejnego Australijskiego miasta była bardzo zachęcająca w sobotę o 9 rano dzielnie stawiłem się na umówionej stacji.


I tutaj szybka wzmianka o wkurzającej rzeczy tutaj w Sydney. Mianowicie miasto jest podzielone na kilka stref biletowych - oczywiście można kupić bilet na wszystkie zdaje się 6 sekcji, ale kosztuje on majątek ( roczny bilet to koszt mniej więcej 5,5 tysiąca złotych!!!!), a jak mieszka się w miarę blisko centrum nie ma potrzeby śmigać na drugi koniec miasta (często oddalony od City o jakieś 20/30 km) i bilet na 1 strefę w zupełności pokrywa miejsca w które ewentualnie fajnie by się było wybrać. Żeby dojechać na umówione miejsce musiałem kupić 3 różne bilety, bo mój bilet na wszystkie autobusy na 1 strefę nie działa w drugiej strefie no i jeszcze bilet na pociąg z 2 strefy do samego Goulburn.





Masakra. Lubię to miasto, ale czasem takie akcje sprawiają, że czuję potrzebę przywalenia głową w mur. 


Ale do rzeczy - Goulburn.
Dotarliśmy tam mniej więcej koło 13. Pierwsze co to poszliśmy do najbliższego alkoholowego i kupiliśmy sobie małą nagrodę za nasz trud i czas spędzony w pociągu. Choć niektóre widoczki były spoko - trochę to wyglądało jak amerycki Dziki Zachód na filmach - farmy, pola i kangury :) 
Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się prosto do parku, który znaleźliśmy bez najmniejszych problemów dzięki mojej koleżance z roku, Charlotte, która akurat mieszka w Goulburn. Wszystko mi wytłumaczyła co , jak i gdzie mamy iść także spoko luz.
Kiedy weszliśmy na co tu dużo mówić, niezbyt duży skatepark już trwała rozgrzewka i kwalifikacje do finałowej jazdy.
Kolejna fajna Australijska przypadłość - wszyscy są na maxa wyluzowani, a część przywiozła sobie nawet własne kanapy do siedzenia.  Samochody typu UTE są niezwykle popularne tutaj. UTE to coś w rodzaju pick-upa ale osadzonego na normalnym osobowym aucie. Większość z tych potworków tutaj ma po 400 koni :) Kanpę na pakę, kilka kartonów piwa, ziomale i cała ekipa zabiera się w drogę. Mega mi się to podoba.
Nie wiem czy chce Wam się czytać o samym konkursie i nie wiem też czy chce mi się dokładnie o nim pisać. Chłopaki śmigali całkiem nieźle bez dwóch zdań. O randze konkursu może powiedzieć fakt, że pokazał się na nim ( i wygrał) aktualny mistrz świata w śmiganiu na rolkach CJ Wellsmore.
Konkurs skończył się około godziny 16, Czarosław jeszcze trochę pomarudził, że chce pojeździć więc zawinęliśmy się ze skateparku koło godziny 17.
Ale nasz pociąg do Sydnej był dopiero o godzinie 21 i trzeba było jakoś ten czas zmarnować. Poszliśmy do monopolu (znowu) kupiliśmy karton wińska. Ale przedtem trzeba było coś zjeść - co ciekawe tutaj w Australi są Aldi - pewnie wiecie o czym mówię - klasy mniej więcej Biedronki i Lidla. Nawet podłogi są zrobione z tych samych płytek co u nas w kraju. Poczułem się jak w domu :P
W każdym razie kupiliśmy sobie jogurciki, sałateczki, chlebuś i masło orzechowe. A! No i oczywiście lody bo musieliśmy z patyczków zrobić sobie łyżki do zjedzenia sałatki :) Ale oczywiście kiedy robiliśmy nasze super żywieniowe zakupy musiało się rozpadać. Nie zostało nam nic innego jak usiąść na ziemi pod jakąś markizą sklepową i rozbić nasz mały cygański obóz. Zdecydowanie wyglądaliśmy jak jacyś uciekinierzy z kraju ogarniętego wojną domową. Alabńczycy?
Jak tylko przestało padać i zjedliśmy nasze jedzonko ( z kubków po jogurtach zrobiliśmy wykwintne szklanki dla naszego Szato Brię z bieżącego rocznika) postanowiliśmy trochę ogarnąć miasto. Z większość miejsc w Goulburn można zobaczyć sporą wieżę, która jest zarazem pomnikiem upamiętniającą żołnierzy walczących na frontach II Wojny Światowej. Stoi ona na szczycie góry, która na pierwszy rzut oka wydaje się nie do zdobycia (ale jak się później okazało można podejść pięknym asfalcikiem, choć faktycznie było trochę stromawo)
Ale dwoch polskich wieśniaków nie wiedziało o tym na początku i oczywiście nie dość, że poszliśmy kompletnie w odwrotnym kierunku to jeszcze zachciało nam się ''skrótów'' pierwszy zaprowadził nas przez pole golfowe a drugi na jakieś nie używanie pole, gdzie trawa była po ramiona, a ziemia jeszcze nie wyschła po deszczu. Ale wyprawa była śmieszna i nie pozostało nam nic innego jak śmiać się z naszej ''twardości'' i w międzyczasie raczyć się winkiem :)
Po ciężkich bojach i 30 minutowej wspinaczce udało nam się w końcu wejść na szczyt. I muszę powiedzieć, że to było naprawdę niesamowite miejsce. Widok na całą okolicę, skały, farmy - generalnie rzeźnia. Przycupnęliśmy na zboczu na skałach i rozpoczęły się rozmowy o ''życiu i śmierdzi'' :P
Ale wielkimi krokami zbliżał się czas na powrót do Sydney, zeszliśmy z góry śmignęliśmy na pociąg i grzecznie bez przygód udaliśmy się do Sydney.... no dobra nie do końca. W pociągu byliśmy trochę wcięci i spotkaliśmy bandę Australijczyków, z którymi szybko się ''zaprzyjaźniliśmy'' , jako że byli w podobnym stanie , a nam zostało jeszcze trochę wina, którym oczywiście się podzieliliśmy. I tak oto minęła nam podróż do Sydney.


Kolejna irytująca rzecz w tym mieście, choć pewnie pisałem o niej już -nie ma nocnych autobusów. A jak są to jadą w 3/4 miejsca w Sydney co 123098 godzin.
Także jeśli wysiądziesz w na Głównym po godzinie 12 nie masz szans na dojechanie do Northbridge (tak nazywa się moja okolica) przed godziną 5 rano, chyba że pojedziesz złotówą, ale ta przyjemność kosztuje 25 dolców.
Więc z góry założyłem przed wyjazdem, że śpię u Czarka, który choć nie mieszka w Centrum (wręcz odwrotnie) to ostatni pociąg w jego kierunku jedzie koło 1 w nocy i na niego mieliśmy szansę się załapać. Nie do końca trzeźwi jakimś cudem dotarliśmy do Cezariuszowej okolicy. Wzięło go jeszcze na wypicie piwa, ale jak wszedł do baru bez koszuli i boso to mu powiedzieli, że go nie obsłużą. Nie chciało mu się ubierać więc udaliśmy do w dalszą drogę.


Przekimałem się ładnie pięknie elegancko i rano nastąpił czas na dłuuuuuuuuuuugi powrót do domu. Co tu dużo mówić z Wrocka do Bolca szybciej można dojechać tym szkopskim pośpiechem niż przetarabanić się z Bankstown do Northbridge (zwłaszcza w niedzielę), które oba są przecież tylko dzielnicami Sydney.
Koło 11 byłem w domu i od razu zabrałem się za pielęgnowanie kaca - mrożona kawusia i zimny prych postawił mnie na nogi.


Koło południa dostałem SMS od innego kolegi z roku - Douga. Zapraszał mnie na wspólny wypad do Domain, jednego z parków w centrum miasta. W tym parku odbywał się akurat Tropfest (http://www.tropfest.com/) jest to międzynarodowy festiwal krótkich filmów, a tegorocznym motywem przewodnim zdaje się była żarówka (musi ona być w jakiś sposób wpleciona w akcję, lub być pokazana w kilku kadrach - ale nic na siłę - to nie miały być filmy o żarówce), motyw przewodni wymyślono po to, żeby wiadomo było, że dany film został nakręcony specjalnie na Tropfest.
W każdym razie zdecydowałem się ruszyć w ramach odchamiania :) Spotkaliśmy się koło godziny 20 w parku. Mnóstwo ludzi, wszyscy sobie siedzieli na trawce, popijając piwko i genralnie się czillując. Ja już nie piłem bo chyba miałem dość po przygodach poprzedniego dnia.
Filmy okazały się bardzo spoko i na niezwykle wysokim poziomie, choć część z nich robiona była przez amatorów. Sam festiwal ma chyba jakieś miliard kategorii - nawet jest nagroda dla filmu nagranego telefonem komórkowym.


Także przyjemnie spędzony czas na świeżym powietrzu :)

sobota, 12 lutego 2011

Rok szkolny

           Jak wspomniałem wcześniej niedawno zacząłem rok szkolny tak więc może trochę o tym co robię i co to są za ludzie :)

          90% moich ludzi z klasy to Australijczycy. Pozostałe 10% to nielegalni imigranci tacy jak ja. Przyznać Wam muszę, że już po pierwszym tygodniu grupa podzieliła się na mniejsze ''podzespoły'' i każda z tych grupek trzyma się raczej osobno - mam nadzieję, że to się zmieni to w końcu dopiero 1 tydzień i ciągle się poznajemy. Moja szkolna ekipa składa się z 3 Australijczyków, kolesia z Nepalu i dwóch dziewczyn z Brazylii oraz oczywiście mnie - póki co największa 'klika'' na mieście, ale jak wspomniałem mam nadzieję, że wszyscy się dogadają i nie będzie grupek. Razem z Johnem, Dougiem, Kevinem, Utsabem, Marianą i Beatrice zazwyczaj siadamy koło siebie na zajęciach albo wspólnie wciągamy lunche. Co ciekawe mamy całkiem spory rozstrzał w kategoriach wiekowych - najmłodszy ma 17 lat a najstarsza 33. Reszta ludzi na uczelni to ludzie mniej więcej w moim wieku choć z przewagą ludzi w wieku około 18/19 lat.
           Sama uczelnia wydaje się spoko, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będę miał masę roboty (po pierwszym tygodniu już dostałem napisać esej na 3000 słów) masa projektów, prezentacji, raportów i innych nieprzyjemnych rzeczy. Z drugiej strony wykładowcy wydają się spoko, wszyscy są sympatyczni (może poza babką z webdesign'u) ale na pewno będą wymagający. Po cichu liczę na to, że jako zagraniczny student będę miał trochę więcej luzu.
            Szkoła jest dobrze wyposażona i przypomina trochę te amerykańskie kampusy - wszystko jest blisko i w jednym miejscu, a w czasie przerw studenckie życie koncentruje się w okół szkolnej kantyny, gdzie można wciągnąć coś ciepłego. Oczywiście sporo zieleni i duże ilość studentów zwyczajnie siada na trawie w czasie przerw - co mi się osobiście bardzo podoba, zwłaszcza że pogoda nadal dopisuje :]
           Zajęcia mam od poniedziałku do czwartku, także w dalszym ciągu mam 3 dniowe weekendy co jak na pewno się domyślacie ogromnie mi pasi :]
            Wkurzające jest to, że mimo tego, że jestem studentem to nie przysługują mi zniżki na komunikację miejską. Tygodniowy bilet na wszystkie linie kosztuje w przeliczeniu 120 zł! We Wrocławiu za tą kwotę mogłem jeździć przez 3 miesiące!


   No ale cóż, coś za coś.

niedziela, 6 lutego 2011

100 Lat Pysiu Mysiu Pazdysiu ! !

Sebo staruchu! Wszystkiego najlepszego z okazji Twoich urodziny Gamoniu! Trzymam kciuki za Nuntiusa i oczywiście za pracę licencjacką!

Dziś piję za Twoje zdrowie!


A tak w ogóle to pamiętasz kiedy było robione to zdjęcie? 6 lat temu...?

piątek, 4 lutego 2011

TAFE NSW

No i stało się - skończyły się wakacje dla Pana Berdzika, gorzej, że od pewnego czasu nie odzywają się z pracki i teraz zacznie się tylko i wyłącznie szkoła -  TAFE.


Ale jak o co dokładnie chodzi z tym TAFE'm? Szczerze mówiąc sam do końca nie jestem pewien. Skrót rozwja się Technical and Further Education. Jest to coś w rodzaju państwowego College'u/Uniwerku/Polibudy - nie znam polskiego odpowiednika dla tego rodzaju uczelni. W każdym razie nauka na TAFE jest znacznie tańsza niż na Uniwerku, no i oczywiście kursy trwają z reguły maksymalnie rok ( tak jak mój). Po rocznej nauce uzyskuje się ''Diploma'' - i znowu nie znam polskiego odpowiednika... najbliżej temu chyba do podyplomówki choć, żeby złożyć podanie na przyjęcie na TAFE wystarczy świadectwo maturalne. Sporo Australijczyków kończy swoją edukację na licencjacie wtedy zazwyczaj wybierają TAFE gdyż jest to w sumie uczelnia techniczna i sporo praktyki się dzieje.


I jak może się orientujecie dziś odbyło się spotkanie dla zagranicznych studentów - nie ma ich w sumie jakoś strasznie dużo. W każdym razie w moim kursie (Media i Komunikacja) nie dość, że jestem jedynym facetem to jeszcze jedynym Europejczykiem spośród reszty studentów zagranicznych. Mam nadzieję, że będą jacyś spoko Australijczycy, god damn it!


Ale pierwsze wrażenie pozytywne - nauczyciele otwarci, wygląda na to, że znają się na rzeczy. Czuje się, że naprawdę nie są tacy straszni, a panie w dziekanacie są miłe - szczególnie dla zagranicznych studentów ( przecież trzeba pokazać temu barbarzyńcy z jakiś zimnych komunistycznych lasów Polski jak wygląda Australijska gościnność)


Zajęcia mam od poniedziałku do czwartku - także 3 dniowy weekendzik mi wpada z czego jestem niezmiennie rad! Nie wziąłem aparatu, ale jak będę pomykał na uczelnię w poniedziałek to zabiorę i porobię focie samych budynków. Choć te szczerze mówiąc wyglądają trochę jakby projektował się sam Edward Gierek - w środku ''drewno'' i cegły. Ale ma swój klimat. Przyznam, że nie widziałem wszystkich sal wykładowych, ale tam gdzie stoją kompy wygląda to już całkiem fajnie.


Martwi mnie trochę program, bo z tego co widziałem szykuje się powtórna droga przez mękę z photoshopami, css'ami i innymi programami do tworzenia stron internetowych tudzież obróbki graficznej zdjęć. I generalnie wygląda na to, że będę miał sporo pracy :(


Ale co tam!




aha! I jeszcze jakby ktoś sobie chciał obczaić z czym to się je
https://www.tafensw.edu.au/

wtorek, 1 lutego 2011

Sydney

Przeglądając to co do tej pory wrzuciłem na bloga stwierdziłem, że nie za dużo napisałem Wam o samym Sydney.


Ani Sydney ani Melbourne nie jest stolicą Australii - to tak tytułem wstępu.


Ale trzeba przyznać, ze Sydney jest najludniejszym miejscem w Australii z populacją około 5 milionów - co 4 mieszkaniec kontynentu Australijskiego mieszka w tym mieście.


I choć większości ludziom Sydney jawi się jako tropikalne miejsce to nie do końca tak jest. Oczywiście, że latem jest gorąco, ale na przykład na północy w tak zwanym Gold Coast w stanie Queensland ( tam gdzie teraz te powodzie) to są prawdziwe tropiki. Tutaj ludzie generalnie przyjeżdżają za pracą - Sydney to bezapelacyjnie finansowa stolica Australii, o miano kulturalnej bije się Melbourne ( i Australian Open i Formuła 1 są w Melbourne).
Centrum miasta wygląda jak typowe Amerykańskie duże miasto - proste ulice, wielkie banery reklamowe. Ale jest kilka znaczących różnic - większość ludzi, których spotkać można w ścisłym centrum to Azjaci! 80% mijanych typów nie jest Australijczykami, przez to na ulicach można usłyszeć niemal każdy język Azji, ale żeby usłyszeć angielski to trzeba nieźle wytężać słuch. Co innego na przedmieściach - tam dominują biali - z tego względu, że marzeniem każdego Australijczyka jest mieszkanie w domu z ogródkiem, podczas gdy Azjaci zazwyczaj tłoczą się w mieszkaniach po kilkanaście osób w okolicach centrum miasta.
Z powodu ilości tych domków Sydney jest niezwykle rozległe - można 1,5 godziny jechać pociągiem i dalej znajdować się w obrębie miasta.
Jako, że kraj jest młody to i miasta są nowoczesne - w Sydney nie stoi się za dużo w korkach, a na pewno mniej niż w moim ukochanym Wrocławiu, zwłaszcza jak trzeba się w godzinach szczytu przebić z Psiaka do Centrum. Kolej miejska jest szybka, i gdyby tylko władze Stanu zgodziły by się na przyznanie studentom zagranicznym zniżek na komunikację miejską, była by również tania.
Oczywiście najczęściej odwiedzanym miejscem jest Centrum z dzielnicą The Rocks - najstarszy region miasta ( patrzcie! ten budynek ma AŻ 150 lat! ) z mnóstwem trochę bardziej ekskluzywnych knajpek, ale i da radę znaleźć coś na bardziej studencką kieszeń.
W The Rocks znajduje się również przystań promów - Circular Quay. To stąd kursują promy po zatoce. Co ciekawe promy są jednymi z najchętniej wybieranych środków transportu i kupując bilet ''na wszystkie linie'' można na nim pływać promami.
Muszę przyznać, że nie byłem jeszcze w każdej dzielnicy Sydney, ale też nie wszędzie jest po co jechać.


Najbardziej imprezowym miejscem w Sydney jest oczywiście King's Cross i Oxford St. To tu odbywa się nocne życie miasta, jest to też miejsce spotkań gejów. Jak się w nocy przejdzie po Kings Cross to niemożliwym jest nie zobaczenie gejowskiej pary. Jest to też miejsce najczęściej patrolowane przez policję - kiedyś King's Cross było jeszcze bardziej dzikie, wręcz speluńskie - dziś trochę się podobno ucywilizowało.
A propos policji - jest jej zaskakująco mało, nie widzi się dużo policji. Ale jak chodzą to tych ''niepewnych'' rejonach to chodzą z pieskami, które wyczuwają ganje. Na szczęście posiadanie marihuany w tym kraju nie jest poważnym wykroczeniem i jeżeli znajdą przy Tobie torebkę to zazwyczaj spiszą (albo i nie) zabiorą gandzię i puszczą wolno. Kłopot zaczyna się dopiero po 3 zatrzymaniu.


Generalnie w samym centrum, ale także na przedmieściach jest dużo zieleni, parków i boisk do różnych rodzajów  sportów.


Zapomniałem o czymś?