wtorek, 1 marca 2011

Tydzień jak tydzień

Moje życie tutaj to niestety nie tylko przygody, walki z krwiożerczymi koalami lub karmienie krokodyli. Czasem bywa i tak, że zwyczajnie siedzę i jakoś specjalnie produktywnie czasu nie spędzam.

I tak też było w tym tygodniu. W czwartek jak w każdy czwartek udałem się do Shark Hotel na standardowego billarda i pogaduchy. Już mi w krew weszły takie wypady - zawsze dobrze spotkać się ludźmi i trochę pomłócić w bilarda. Ale jak kilka  razy pewnie już wspomniałem Australia w sferze systemu edukacji w niczym nie przypomina naszej kochanej Polski. Tutaj niczym szczególnym nie jest wyjście z wykładowcami na browarka (cz nawet na jakieś większe picie). Poza szkołą wszyscy stają się kolegami i nie ma większych różnic między studentami i wykładowcami. Tak też stało się w ten czwartek - po kilku rundkach bilarda ze znajomymi wyczaił mnie przy stole były dyrektor mojej szkoły - Miguel. Poważny koleś, lekko po 40 - w szkole zawsze budził respekt. A w barze? ''Jo Adam, come on let me kick your ass in pool!'' Jak zapowiedział tak też zrobił i zmiażdżył mnie w pierwszym meczu. Nie pamiętam, czy udało mi się w ogóle cokolwiek wbić bo chyba nie dał mi okazji - podszedł do stołu i wszystko powbijał. Rozegraliśmy chyba ze 3 czy 4 gry i ani razu nie udało mi się wygrać, choć raz czy dwa nawiązałem w miarę równą walkę. Ale dobry jest koleżka i tyle.
Lubię Shark Hotel - ulokowany w ścisłym centrum na Liverpool St. oferuje tanie piwko i taniego bilarda - przez co pewnie jest często odwiedzany przez studentów, choć co ciekawe zdarzają się kolesie pod krawatami. Ale bar ten ma jedną niezaprzeczalną i wkurzającą wadę - o 21 zaczyna się tam karaoke. Nie ma jakoś nic specjalnie to karaoke, choć sam nie śpiewam, ale puszczają to na maxa głośno, nie da się gadać, a i wykonawcy niestety zwyczajnie zazwyczaj nie dają rady.
I cały czar piwka, grania w bilarda pryska bo zaczyna się wkurzające śpiewanie. Wtedy najczęściej zawijamy się w jakieś inne miejsce (często jest to na przykład ławeczka w parku, gdzie można się bezstresowo raczyć jakimś piwkiem jak to ma ochotę, lub zwyczajnie siada się na trawce i chilluje). Tym razem jednak za namową Miguela poszliśmy do pobliskiego irlandzkiego pubu - do Scruffy-Murphy's. Wraz z nowo poznaną ekipą francusko/kolumbijsko/węgiersko/argentyńsko/haitańską chcieliśmy się załapać na tzw. Trivia
Kto ogrania trochę angielskie puby, choć i nie tylko to wie o czym mówię. Dla tych (jak na przykład dla mnie) dla których jest to nowa opcja śpieszę z tłumaczeniem - trivia jest to konkurs, który polega na odpowiadaniu na pytania zadawane przez prowadzącego. Zgłasza się drużynę, dostaję się kartkę i w ciągu powiedzmy 2 godzin trzeba odpowiedzieć na serię pytań, które prowadzący zadaje co kilka minut, tak ażeby goście zdążyli się naradzić i zamówić kolejny dzbanek piwa. Ale mega bezstresowo - pijesz piwko z ekipą, kłócisz się o to jaka jest prawidłowa odpowiedź i generalnie miło spędzasz czas. Pan prowadzący (oczywiście Irlandczyk) często wrzuca jakieś swoje komentarze, często klnie w kozackim irlandzkim stylu.
No zabawa jest spoko :)

Piątek równie bezproduktywnie - jedyne co zrobiłem to pojechałem na Bondi ogarnąć Temat.
Spotkania ze znajomymi, wyjścia do pobliskich parków, jaranie grilla - leniwo. No i było sporo tematów do obgadania :)
Aha! W piątek Czarosław mnie wyciągnął w plener, żeby zintegrować się z naturą. Nie za bardzo byłem chętny na jakiekolwiek tripy bo za dobrze mi się gadało. No, ale namówił mnie. Wybrałem się kamienistą drogę do buszu (sporo buszu rośnie w mojej okolicy i mimo, że sporo jest takich ładnych parków z trawką to spora część to po prostu porobione ścieżki w nieruszanym przez nikogo buszu) w klapkach! Kiedy dotarliśmy na naszą miejscówę - wodospadzik - żeby sobie przycupnąć w najlepszym miejscu trzeba się przerzucić na drugą stronę strumyczka, który ma może jakiś 1,3 m szerokości. W normalnych butach i bez niespodziewajki to tzw piece of cake, ale jako że podróżowaliśmy z Orange a ja byłem w klapach to wiadomo było, że dojdzie do katastrofy.
No i doszło.
W czasie lądowania po drugiej stronie nóżka mi się powinęła o śliską skałę i co tu dużo mówić wyrżnąłem się nieźle. Nie dość, że paskudnie stłukłem sobie kolano to jeszcze wpadłem przecież do tego strumyka. Cały się oczywiście upierdzielałem, a okulary to przeleciały chyba ze 2 metry jak byłem w fazie wypierdzielania się.

Ale jakoż żyje choć musiałem trochę pokuśtykać niestety :)


HEJ! Życie tutaj to jednak są tylko przygody, nawet jak człowiek chce się zwyczajnie zrelaksować ze znajomkami...

Banksy na dziś:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz