sobota, 27 listopada 2010

Yo!

 Kolejny dzień w słonecznym Sydney. Dziś jak zapowiadałem ruszyłem dupę do biblioteki, ażby przygotować ten durnowaty esej o internecie. Jak nie dasz 3 albo 4 źródeł książkowych to zostajesz ukamienowany... No dobra może nie do końca, ale naprawdę nie polecam używania tylko netu tutaj. To trochę jak w ameryckich filmach - każdy dzieciak mówi, że nie może iść na super młodzieżową banię do Mike'a bo musi iść do biblioteki. Całą swoją karierę naukową spędziłem raczej nie specjalnie przesiadując w tego typu instytyucjach, podczas gdy tutaj jeśli nie chcę być wywalony bo kilku dniach będę zmuszony poświęcać na to czas. Ale za to nadrabia to wszystko takim klimatem akademickim, którego moim zdaniem brakuje na naszych polskich uczelniach. Zdjęcie niżej przedstawia część kampusu uniwerku technicznego Sydney, gdzie ostatnio zdarzyło mi się pograć trochę w kosza. Czy aż się kurde nie chce studiować? Zaraz obok jest basen, korty tenisowe i takie bajery, a cała reszta parku też naprawdę robi nieziemskie wrażenie.
Na focie niżej możecie zobaczyć jak wygląda budynek uniwerku. Spoko są takie stare kilimaciwa, pachnie długą tradycją akademicką ( no może ''długa'' nie jest tutaj najlepszym słowem, kraj ma raptem 200 lat z hakiem) Ale spoko jest, że wszystko jest na kupie i jest gdzie posadzić tyłek w przerwach zajęć albo po nich. Syfu brak.

3 komentarze:

  1. ciesze się Adamie że wreszcie poważnie podchodzisz do kwestii edukacji :D ja dzisiaj byłem na uczelni pierwszy raz od 3 tygodni, ale u nas jest zima... sprawiedliwość działa! popracuj nad zazenem. no to jo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to wreszcie? :p Jako nieliczny z Twoich znajomych od wódki obroniłem się do tej pory. Możesz mi pogratulować :D

    OdpowiedzUsuń
  3. zasypany śniegiem po kostki gratuluje Ci serdecznie ;]

    OdpowiedzUsuń