wtorek, 22 lutego 2011

Goulburn

Po ciężkim tygodniu nauki, przyszedł czas na wielce zasłużony weekend, który tym razem spędziłem poza Sydney - mianowicie postanowiłem wraz z Czarosławem ( moim dobrym człowiekiem z Polski) ruszyć się do miasteczka położonego jakieś 3,5 godziny jazdy pociągiem od Sydney - do Goulburn.


Dlaczego akurat do Goulburn? Szczerze mówiąc nie ma w tym mieście jakiś specjalnych atrakcji turystycznych ani żadnych tego typu akcji. Ale w ten weekend rozgrywały się tam największe w Nowej Południowej Walii zawody rolkarzy. Mnie specjalnie to nie rusza, ale Czarek jest fanem i sam śmiga, więc zaproponował mi wspólną wyprawę. Alternatywą było zostanie w mieście i ruszenie się na Bondi ( najbardziej popularna plaża w Sydney, a przez to również najbardziej komercyjna i zatłoczona) gdzie rozgrywały się pokazy i konkursy deskorolkowe z gwiazdami takimi jak choćby Bob Burnquist, aktualny mistrz świata zdaje się. Ale, jako że nie przepadam z Bondi i wizja ruszenia się poza miasto, zobaczenia kolejnego Australijskiego miasta była bardzo zachęcająca w sobotę o 9 rano dzielnie stawiłem się na umówionej stacji.


I tutaj szybka wzmianka o wkurzającej rzeczy tutaj w Sydney. Mianowicie miasto jest podzielone na kilka stref biletowych - oczywiście można kupić bilet na wszystkie zdaje się 6 sekcji, ale kosztuje on majątek ( roczny bilet to koszt mniej więcej 5,5 tysiąca złotych!!!!), a jak mieszka się w miarę blisko centrum nie ma potrzeby śmigać na drugi koniec miasta (często oddalony od City o jakieś 20/30 km) i bilet na 1 strefę w zupełności pokrywa miejsca w które ewentualnie fajnie by się było wybrać. Żeby dojechać na umówione miejsce musiałem kupić 3 różne bilety, bo mój bilet na wszystkie autobusy na 1 strefę nie działa w drugiej strefie no i jeszcze bilet na pociąg z 2 strefy do samego Goulburn.





Masakra. Lubię to miasto, ale czasem takie akcje sprawiają, że czuję potrzebę przywalenia głową w mur. 


Ale do rzeczy - Goulburn.
Dotarliśmy tam mniej więcej koło 13. Pierwsze co to poszliśmy do najbliższego alkoholowego i kupiliśmy sobie małą nagrodę za nasz trud i czas spędzony w pociągu. Choć niektóre widoczki były spoko - trochę to wyglądało jak amerycki Dziki Zachód na filmach - farmy, pola i kangury :) 
Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się prosto do parku, który znaleźliśmy bez najmniejszych problemów dzięki mojej koleżance z roku, Charlotte, która akurat mieszka w Goulburn. Wszystko mi wytłumaczyła co , jak i gdzie mamy iść także spoko luz.
Kiedy weszliśmy na co tu dużo mówić, niezbyt duży skatepark już trwała rozgrzewka i kwalifikacje do finałowej jazdy.
Kolejna fajna Australijska przypadłość - wszyscy są na maxa wyluzowani, a część przywiozła sobie nawet własne kanapy do siedzenia.  Samochody typu UTE są niezwykle popularne tutaj. UTE to coś w rodzaju pick-upa ale osadzonego na normalnym osobowym aucie. Większość z tych potworków tutaj ma po 400 koni :) Kanpę na pakę, kilka kartonów piwa, ziomale i cała ekipa zabiera się w drogę. Mega mi się to podoba.
Nie wiem czy chce Wam się czytać o samym konkursie i nie wiem też czy chce mi się dokładnie o nim pisać. Chłopaki śmigali całkiem nieźle bez dwóch zdań. O randze konkursu może powiedzieć fakt, że pokazał się na nim ( i wygrał) aktualny mistrz świata w śmiganiu na rolkach CJ Wellsmore.
Konkurs skończył się około godziny 16, Czarosław jeszcze trochę pomarudził, że chce pojeździć więc zawinęliśmy się ze skateparku koło godziny 17.
Ale nasz pociąg do Sydnej był dopiero o godzinie 21 i trzeba było jakoś ten czas zmarnować. Poszliśmy do monopolu (znowu) kupiliśmy karton wińska. Ale przedtem trzeba było coś zjeść - co ciekawe tutaj w Australi są Aldi - pewnie wiecie o czym mówię - klasy mniej więcej Biedronki i Lidla. Nawet podłogi są zrobione z tych samych płytek co u nas w kraju. Poczułem się jak w domu :P
W każdym razie kupiliśmy sobie jogurciki, sałateczki, chlebuś i masło orzechowe. A! No i oczywiście lody bo musieliśmy z patyczków zrobić sobie łyżki do zjedzenia sałatki :) Ale oczywiście kiedy robiliśmy nasze super żywieniowe zakupy musiało się rozpadać. Nie zostało nam nic innego jak usiąść na ziemi pod jakąś markizą sklepową i rozbić nasz mały cygański obóz. Zdecydowanie wyglądaliśmy jak jacyś uciekinierzy z kraju ogarniętego wojną domową. Alabńczycy?
Jak tylko przestało padać i zjedliśmy nasze jedzonko ( z kubków po jogurtach zrobiliśmy wykwintne szklanki dla naszego Szato Brię z bieżącego rocznika) postanowiliśmy trochę ogarnąć miasto. Z większość miejsc w Goulburn można zobaczyć sporą wieżę, która jest zarazem pomnikiem upamiętniającą żołnierzy walczących na frontach II Wojny Światowej. Stoi ona na szczycie góry, która na pierwszy rzut oka wydaje się nie do zdobycia (ale jak się później okazało można podejść pięknym asfalcikiem, choć faktycznie było trochę stromawo)
Ale dwoch polskich wieśniaków nie wiedziało o tym na początku i oczywiście nie dość, że poszliśmy kompletnie w odwrotnym kierunku to jeszcze zachciało nam się ''skrótów'' pierwszy zaprowadził nas przez pole golfowe a drugi na jakieś nie używanie pole, gdzie trawa była po ramiona, a ziemia jeszcze nie wyschła po deszczu. Ale wyprawa była śmieszna i nie pozostało nam nic innego jak śmiać się z naszej ''twardości'' i w międzyczasie raczyć się winkiem :)
Po ciężkich bojach i 30 minutowej wspinaczce udało nam się w końcu wejść na szczyt. I muszę powiedzieć, że to było naprawdę niesamowite miejsce. Widok na całą okolicę, skały, farmy - generalnie rzeźnia. Przycupnęliśmy na zboczu na skałach i rozpoczęły się rozmowy o ''życiu i śmierdzi'' :P
Ale wielkimi krokami zbliżał się czas na powrót do Sydney, zeszliśmy z góry śmignęliśmy na pociąg i grzecznie bez przygód udaliśmy się do Sydney.... no dobra nie do końca. W pociągu byliśmy trochę wcięci i spotkaliśmy bandę Australijczyków, z którymi szybko się ''zaprzyjaźniliśmy'' , jako że byli w podobnym stanie , a nam zostało jeszcze trochę wina, którym oczywiście się podzieliliśmy. I tak oto minęła nam podróż do Sydney.


Kolejna irytująca rzecz w tym mieście, choć pewnie pisałem o niej już -nie ma nocnych autobusów. A jak są to jadą w 3/4 miejsca w Sydney co 123098 godzin.
Także jeśli wysiądziesz w na Głównym po godzinie 12 nie masz szans na dojechanie do Northbridge (tak nazywa się moja okolica) przed godziną 5 rano, chyba że pojedziesz złotówą, ale ta przyjemność kosztuje 25 dolców.
Więc z góry założyłem przed wyjazdem, że śpię u Czarka, który choć nie mieszka w Centrum (wręcz odwrotnie) to ostatni pociąg w jego kierunku jedzie koło 1 w nocy i na niego mieliśmy szansę się załapać. Nie do końca trzeźwi jakimś cudem dotarliśmy do Cezariuszowej okolicy. Wzięło go jeszcze na wypicie piwa, ale jak wszedł do baru bez koszuli i boso to mu powiedzieli, że go nie obsłużą. Nie chciało mu się ubierać więc udaliśmy do w dalszą drogę.


Przekimałem się ładnie pięknie elegancko i rano nastąpił czas na dłuuuuuuuuuuugi powrót do domu. Co tu dużo mówić z Wrocka do Bolca szybciej można dojechać tym szkopskim pośpiechem niż przetarabanić się z Bankstown do Northbridge (zwłaszcza w niedzielę), które oba są przecież tylko dzielnicami Sydney.
Koło 11 byłem w domu i od razu zabrałem się za pielęgnowanie kaca - mrożona kawusia i zimny prych postawił mnie na nogi.


Koło południa dostałem SMS od innego kolegi z roku - Douga. Zapraszał mnie na wspólny wypad do Domain, jednego z parków w centrum miasta. W tym parku odbywał się akurat Tropfest (http://www.tropfest.com/) jest to międzynarodowy festiwal krótkich filmów, a tegorocznym motywem przewodnim zdaje się była żarówka (musi ona być w jakiś sposób wpleciona w akcję, lub być pokazana w kilku kadrach - ale nic na siłę - to nie miały być filmy o żarówce), motyw przewodni wymyślono po to, żeby wiadomo było, że dany film został nakręcony specjalnie na Tropfest.
W każdym razie zdecydowałem się ruszyć w ramach odchamiania :) Spotkaliśmy się koło godziny 20 w parku. Mnóstwo ludzi, wszyscy sobie siedzieli na trawce, popijając piwko i genralnie się czillując. Ja już nie piłem bo chyba miałem dość po przygodach poprzedniego dnia.
Filmy okazały się bardzo spoko i na niezwykle wysokim poziomie, choć część z nich robiona była przez amatorów. Sam festiwal ma chyba jakieś miliard kategorii - nawet jest nagroda dla filmu nagranego telefonem komórkowym.


Także przyjemnie spędzony czas na świeżym powietrzu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz