Trochę zaniedbałem blogaska, ale tak jak pisałem na początku - z moim słomianym zapałem można było się tego spodziewać. Ale skrobnę coś :)
Jednym z ważniejszych punktów wakacji tutaj była oczywiście Wigilia z Brazylijczykami i Sylwestrowy wyjazd pod namioty.
Jako, że Wigilia był szybciejsiej to napiszę o niej pierwej. Święta w Brazylii wyglądają mega inaczej niż u nas. Przede wszystkim różnią się potrawy, ale do nich jeszcze wrócę. Dla mnie największym szokiem była pora i atmosfera. U nas w kraju, Wigilię spędza się z rodzinką zmulając - kolację ( zależności od tradycji rodzinnej) je się koło 18 / 20. Natomiast Brazylieros nic nie jedzą aż do północy! Dopiero o 12 można jeść - wcześniej zazwyczaj są rozmowy przy piwie - najczęściej o piłce nożnej oczywiście, choć jako że byłem jedynym nie Brazylijczykiem na kolacji sporo rozmawialiśmy o tym jak wygląda Polska i Europa w porównaniu z Brazylią. Co ciekawe dla nich to my jesteśmy mega egzotyczni i śnieg w grudniu lub styczniu nie mieści im się w głowie - precyzując, choć wszyscy są tutaj ode mnie starsi nigdy w życiu nie widzieli śniegu! I to, że u nas jest mnóstwo puchu o tej porze roku wydawało im się niewiarygodne.

Co do potraw - okazuje się, że przysmakiem w Brazylii jest coś na kształt naszej sałatki warzywnej tylko jest jedna różnica... oni do całej potrawy dodają kupione w sklepie chipsy! Na początku byłem sceptyczny, ale dałem się przekonać - i nawet było całkiem dobre :) Mają też coś na kształt proszku - jedzą korzeń w proszku. To niby jakaś specjalna roślina, która sobie rośnie i tradycyjną formą jedzenia jej jest właśnie w formie proszku. Niestety nie mam zdjęć, ale wygląda to trochę jak nasza bułka tarta i jest podobnej konsystencji. Smak? Szału nie było. Pamiętam jeszcze, że była pieczeń w sosie musztardowym - za cholerę nie wiem co to był za rodzaj mięsa, ale było bardzo smaczne. No i jak wspomniałem wcześniej piwo jest nieodłącznym składnikiem ichniejszej Wigilii. Do kościółka śmigają wcześniej niż my - koło godziny 17 - i oczywiście nie ma pasterki.
Po godzinie 12 kiedy wszyscy już zjedli zazwyczaj całe towarzystwo się rozchodzi do klubów na wielką imprezę. Wygląda to bardziej jak Sylwester niż Wigilia, ale z kolei Sylwek jest u nich bardziej rodzinnym świętem i wygląda bardziej jak nasza Wigilia :)
Na Sylwestra zdecydowałem się opuścić Sydney - wiem, przegapiłem fajerwerki, ale postanowiliśmy ze znajomymi ruszyć się poza miasto, gdyż jak wiecie u mnie pełnia lata i potrafi być mega gorąco. Zwłaszcza w mieście. Wraz z trójką Kolumbijczyków i Irlandyczkiem ( jeśli przeglądacie FB to wiecie jak wyglądają i o kim mówię) postanowiliśmy wynająć samochód i ruszyć na północ w poszukiwaniu pięknych plaż i trochę oddechu od 5 milionowego Sydney. Zamówiliśmy sobie kamping w Port Stephens (trochę nasze Międzyzdroje dla mieszkańców Sydney) i ostatniego dnia grudnia ruszyliśmy w drogę. Jako że nasz Irlandczyk jest też przy okazji Australijczykiem pokazał nam po drodze kilka fajnych miejscówek. Czasem szczena opadała - zdecydowanie warto odwiedzić :)
Droga zajęła nam około 4 godzin, ale szybko minęło na wygłupach i innych pierdołach. Jako, że Ciaran (Irlandczyk) jest fanem AC/DC podróż minęła głośno. Oczywiście nie obyło się bez sytuacji awaryjnych - tutaj jak wyjedzie się poza większą aglomeracją NAPRAWDĘ trzeba uważać na kangury - lubią skubane wyskoczyć w ostatniej sekundzie przed maskę. Nam na szczęście udało się w żadnego nie uderzyć, ale jeden gamoń przeskoczył nasz samochód kiedy próbowaliśmy ochłonąć po mocnym hamowaniu...
Kamping okazał się całkiem spoko - basen, kręgle, mini-golf i takie pierdołki.
Ale najważniejsze jest to, że było niedaleko do plaży. Moją ulubioną była plaża nazwana Zenith - to ta gdzie na FB mam zdjęci strzelone z rąsi. Naprawdę coś niesamowitego - ogormne fale, woda ciepłutka, piwo zimne. Raj.
Generalnie cały wypad spędziliśmy na różnych plażach w okolicach Port Stephens, ale udało nam sie także zobaczyć delfiny (zgodnie ustaliliśmy, że delfiny ''are gay'', ale także ogromne piaszczyste wydmy w okół wybrzeża.
W Port Stephens jest jedyne miejsce na wschodnim wybrzeżu Australii gdzie można zobaczyć jak słońce zachodzi nad morzem - widok jest naprawdę niesamowity.
Generalnie bardzo dobry wypad, kilka razy nawet udało mi się narąbać :)
No i nad naszymi namiotami zdecydowała się przekimać koala, więc dodatkowa atrakcja - nigdy nie widziałem dzikiej koali :D
W drodze powrotnej do Sydney zdecydowaliśmy się ruszyć do Hunter Valley - jest to największy w Australii region produkcji win. Mnóstwo winnic i naprawdę super widoczki. Dodatkowym bonusem oczywiście jest to, że w każdej winnicy jest darmowe próbowanie - także po odwiedzeniu 5 byłem już nieźle zaprawiony nie wydając ani centa!