niedziela, 6 lutego 2011

100 Lat Pysiu Mysiu Pazdysiu ! !

Sebo staruchu! Wszystkiego najlepszego z okazji Twoich urodziny Gamoniu! Trzymam kciuki za Nuntiusa i oczywiście za pracę licencjacką!

Dziś piję za Twoje zdrowie!


A tak w ogóle to pamiętasz kiedy było robione to zdjęcie? 6 lat temu...?

piątek, 4 lutego 2011

TAFE NSW

No i stało się - skończyły się wakacje dla Pana Berdzika, gorzej, że od pewnego czasu nie odzywają się z pracki i teraz zacznie się tylko i wyłącznie szkoła -  TAFE.


Ale jak o co dokładnie chodzi z tym TAFE'm? Szczerze mówiąc sam do końca nie jestem pewien. Skrót rozwja się Technical and Further Education. Jest to coś w rodzaju państwowego College'u/Uniwerku/Polibudy - nie znam polskiego odpowiednika dla tego rodzaju uczelni. W każdym razie nauka na TAFE jest znacznie tańsza niż na Uniwerku, no i oczywiście kursy trwają z reguły maksymalnie rok ( tak jak mój). Po rocznej nauce uzyskuje się ''Diploma'' - i znowu nie znam polskiego odpowiednika... najbliżej temu chyba do podyplomówki choć, żeby złożyć podanie na przyjęcie na TAFE wystarczy świadectwo maturalne. Sporo Australijczyków kończy swoją edukację na licencjacie wtedy zazwyczaj wybierają TAFE gdyż jest to w sumie uczelnia techniczna i sporo praktyki się dzieje.


I jak może się orientujecie dziś odbyło się spotkanie dla zagranicznych studentów - nie ma ich w sumie jakoś strasznie dużo. W każdym razie w moim kursie (Media i Komunikacja) nie dość, że jestem jedynym facetem to jeszcze jedynym Europejczykiem spośród reszty studentów zagranicznych. Mam nadzieję, że będą jacyś spoko Australijczycy, god damn it!


Ale pierwsze wrażenie pozytywne - nauczyciele otwarci, wygląda na to, że znają się na rzeczy. Czuje się, że naprawdę nie są tacy straszni, a panie w dziekanacie są miłe - szczególnie dla zagranicznych studentów ( przecież trzeba pokazać temu barbarzyńcy z jakiś zimnych komunistycznych lasów Polski jak wygląda Australijska gościnność)


Zajęcia mam od poniedziałku do czwartku - także 3 dniowy weekendzik mi wpada z czego jestem niezmiennie rad! Nie wziąłem aparatu, ale jak będę pomykał na uczelnię w poniedziałek to zabiorę i porobię focie samych budynków. Choć te szczerze mówiąc wyglądają trochę jakby projektował się sam Edward Gierek - w środku ''drewno'' i cegły. Ale ma swój klimat. Przyznam, że nie widziałem wszystkich sal wykładowych, ale tam gdzie stoją kompy wygląda to już całkiem fajnie.


Martwi mnie trochę program, bo z tego co widziałem szykuje się powtórna droga przez mękę z photoshopami, css'ami i innymi programami do tworzenia stron internetowych tudzież obróbki graficznej zdjęć. I generalnie wygląda na to, że będę miał sporo pracy :(


Ale co tam!




aha! I jeszcze jakby ktoś sobie chciał obczaić z czym to się je
https://www.tafensw.edu.au/

wtorek, 1 lutego 2011

Sydney

Przeglądając to co do tej pory wrzuciłem na bloga stwierdziłem, że nie za dużo napisałem Wam o samym Sydney.


Ani Sydney ani Melbourne nie jest stolicą Australii - to tak tytułem wstępu.


Ale trzeba przyznać, ze Sydney jest najludniejszym miejscem w Australii z populacją około 5 milionów - co 4 mieszkaniec kontynentu Australijskiego mieszka w tym mieście.


I choć większości ludziom Sydney jawi się jako tropikalne miejsce to nie do końca tak jest. Oczywiście, że latem jest gorąco, ale na przykład na północy w tak zwanym Gold Coast w stanie Queensland ( tam gdzie teraz te powodzie) to są prawdziwe tropiki. Tutaj ludzie generalnie przyjeżdżają za pracą - Sydney to bezapelacyjnie finansowa stolica Australii, o miano kulturalnej bije się Melbourne ( i Australian Open i Formuła 1 są w Melbourne).
Centrum miasta wygląda jak typowe Amerykańskie duże miasto - proste ulice, wielkie banery reklamowe. Ale jest kilka znaczących różnic - większość ludzi, których spotkać można w ścisłym centrum to Azjaci! 80% mijanych typów nie jest Australijczykami, przez to na ulicach można usłyszeć niemal każdy język Azji, ale żeby usłyszeć angielski to trzeba nieźle wytężać słuch. Co innego na przedmieściach - tam dominują biali - z tego względu, że marzeniem każdego Australijczyka jest mieszkanie w domu z ogródkiem, podczas gdy Azjaci zazwyczaj tłoczą się w mieszkaniach po kilkanaście osób w okolicach centrum miasta.
Z powodu ilości tych domków Sydney jest niezwykle rozległe - można 1,5 godziny jechać pociągiem i dalej znajdować się w obrębie miasta.
Jako, że kraj jest młody to i miasta są nowoczesne - w Sydney nie stoi się za dużo w korkach, a na pewno mniej niż w moim ukochanym Wrocławiu, zwłaszcza jak trzeba się w godzinach szczytu przebić z Psiaka do Centrum. Kolej miejska jest szybka, i gdyby tylko władze Stanu zgodziły by się na przyznanie studentom zagranicznym zniżek na komunikację miejską, była by również tania.
Oczywiście najczęściej odwiedzanym miejscem jest Centrum z dzielnicą The Rocks - najstarszy region miasta ( patrzcie! ten budynek ma AŻ 150 lat! ) z mnóstwem trochę bardziej ekskluzywnych knajpek, ale i da radę znaleźć coś na bardziej studencką kieszeń.
W The Rocks znajduje się również przystań promów - Circular Quay. To stąd kursują promy po zatoce. Co ciekawe promy są jednymi z najchętniej wybieranych środków transportu i kupując bilet ''na wszystkie linie'' można na nim pływać promami.
Muszę przyznać, że nie byłem jeszcze w każdej dzielnicy Sydney, ale też nie wszędzie jest po co jechać.


Najbardziej imprezowym miejscem w Sydney jest oczywiście King's Cross i Oxford St. To tu odbywa się nocne życie miasta, jest to też miejsce spotkań gejów. Jak się w nocy przejdzie po Kings Cross to niemożliwym jest nie zobaczenie gejowskiej pary. Jest to też miejsce najczęściej patrolowane przez policję - kiedyś King's Cross było jeszcze bardziej dzikie, wręcz speluńskie - dziś trochę się podobno ucywilizowało.
A propos policji - jest jej zaskakująco mało, nie widzi się dużo policji. Ale jak chodzą to tych ''niepewnych'' rejonach to chodzą z pieskami, które wyczuwają ganje. Na szczęście posiadanie marihuany w tym kraju nie jest poważnym wykroczeniem i jeżeli znajdą przy Tobie torebkę to zazwyczaj spiszą (albo i nie) zabiorą gandzię i puszczą wolno. Kłopot zaczyna się dopiero po 3 zatrzymaniu.


Generalnie w samym centrum, ale także na przedmieściach jest dużo zieleni, parków i boisk do różnych rodzajów  sportów.


Zapomniałem o czymś?



poniedziałek, 31 stycznia 2011

Bundeena

W ogóle to zapomniałem napisać o tym niesamowitym miejscu, a chyba jak do tej pory to z krajobrazu to nic tego nie przebije.

Bundeena to półwysep leżący jakąś godzinę jazdy pociągiem od centrum Sydney - choć w dalszym ciągu jest to jednak Sydney. Wybrałem się tam w przeddzień wyjazdu do Port Stephens na sylwka. Wraz z moim kolegą Davidem i koleżanką Zuzi (odpowiednio z Czech i Słowacji) postanowiliśmy zrobić coś fajnego a nie siedzieć na  tyłku w mieście - wyszło, że jedziemy do Bundeeny.

Spotkaliśmy się o godzinie 7 rano przed Central Station - głównym dworcem kolejowym w Sydney gdzie wsiedliśmy w miejski pociąg i z wolna przemieszczaliśmy się w wybranym kierunku. Pociąg jak pociąg chyba nie muszę Wam tłumaczyć jak to działa hę? W każdym razie po godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce. Ale żeby dostać się na półwysep trzeba było z pociągu przesiąść się na prom - co akurat było bardzo przyjemne gdyż już koło godziny 8/9 rano robi się naprawdę gorąco. Po 20 minutowej podróży promem zdesantowaliśmy się na brzeg i po uprzednim kupieni kilku piwek na drogę i zorientowaniu się w sytuacji ruszyliśmy na trasę - oczywiście pieszo.
Cała trasa wzdłuż wybrzeża ma jakieś 16 km - jakieś 4 godziny marszu. Wydaje się straszne, ale w rzeczywistości to całkiem przyjemny spacer kiedy idzie się brzegiem klifu słońce grzeje, a od oceanu wieje chłodząca bryza. Niestety kupiliśmy tylko 6 pack i piwo szybko wyszło.
Cały ten region jest parkiem narodowym ze względu na Aborygenów - to jest ich święta ziemia i można spotkać znaki przypominające turystom, że należy zachowywać się godnie. (Kto ma FB to wie jak to wygląda, a Ty Miłanku zwyczajnie musisz sobie założyć : P )
Ale widoki tam są naprawdę nie z tej ziemi - wielkie fale rozbijające się o 40 metrowe klify, dzikie plaże jakich w okolicach Sydney jest bardzo mało. Naprawdę można poczuć coś magicznego w takim miejscu.
Jak się oczywiście domyślacie przejście 16 km zajęło nam trochę czasu, ale o dziwo nie czuliśmy jakiegoś większego zmęczenia - wszystko byłoby dobrze gdyby nie żar lejący się z nieba i wysysający z nas energię. Dobrze, że mieliśmy sporo wody i to piwo na początku bo choć wypiłem chyba z 5 litrów wody to w ogóle nie chciało mi się sikać.
Ale nie uwierzycie jak dobrze smakował zimny Poweraide (w kolorze niebieskim - i tu muszę przyznać, że to Kamil mi wgrał go ). Chyba jedna z najlepszych chwil w moim życiu :P


A tutaj sobie ćwiczyłem karate. A co!


Super święta skała Eagle Rock.


A tu najzwyklejszy widoczek na klify, o których wspomniałem wcześniej



Po powrocie do domu padłem wydymany jak koń po westernie. Ale zdecydowanie było warto  ! ! !

czwartek, 27 stycznia 2011

Dziś są Twoje urodziny!

Jako że dziś jeden z moich najlepszych przyjaciół ma urodziny (23!) to wypada złożyć życzenia!

Mój ukochany Kamilku - zdrówka, kasy i szczęścia. Oprócz tego trzymam mocno kciuki za Twoją pracę inżynierską, choć wiem, że rozpierdolisz ich z palcem w dupie!

                                                        ( zdjęcie chyba sprzed 2 lat )


Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Ziom!

wtorek, 18 stycznia 2011

Brazylijska piła i bbq

Ostatnimi czasy stało się u nas w domu tradycją, że co niedzielę śmigamy sobie na boisko i gramy w nogę. Nikogo nie powinno to dziwić w końcu większość moich współlokatorów to Brazylijczycy. Ale w zeszłą niedzielę postanowiliśmy zrobić jeszcze sobie grilla, jako że jeden z naszych Brazylijczyków miał urodziny. Do boicha mamy może jakieś 5 minutek piechotką także zapowiadało się na przyjemny spacer... ale co tu dużo mówić - jakieś 300 metrów po wyjściu z domu zacząłem się topić. Zwyczajnie dla mnie tak wysokie temperatury to jest lekki przesadzym. Nawet Brazylieros, którzy przyzwyczajeni są przecież do tak wysokich temperatur zaczęli narzekać na gorąco. Ale grać trzeba - to przecież religia u nich :) Boisko jest trawiaste, nie ma  żadnych bramek bo przy okazji jest to boisko do krykieta, baseballu i jeszcze miliarda innych sportów. Bramki zrobiło się z plecaków, podzieliło się na 2 drużyny ( a było co dzielić - było nas 10 chłopa) i po chwili bez żadnych butów rozpoczęliśmy mecz. Gra się super, a Brazylieros naprawdę potrafią grać. Nie wszyscy co prawda, dzięki czemu mogłem powymieniać kilka piłek i nie byłem najgorszy na boisku :) W miedzy czasie w pobliskim parku jakaś rodzinka robiła super słodkie urodziny swojemu dzieciakowi - super baloniki i takie pierdoły. Widzieli, że latamy po tym boisku i zauważyli, że powoli robimy się zmęczeni - zwłaszcza, że słoneczko naprawdę naparzało. I tu ciekawa sprawa - w Polsce właściwie nie spotykana - rodzinka przyszła do nas, żebyśmy chwilę odpoczęli, dali nam ciastka, a my odśpiewaliśmy dzieciakowi 100 lat po brazylijsku - no dobra ja nie śpiewałem :p
W każdym razie pytali skąd jesteśmy i co robimy i takie tam.
Po meczu (moja drużyna przegrała) poszliśmy wydymani do domu wrzucić się pod zimny prych. Kiedy wszyscy się ogarnęli poszliśmy do markietu kupiliśmy 3 zgrzewki browaru, kupę mięcha, węgiel i zaczęło się wielkie grillowanie. Jako, że byłem jedyny Polak zaraz zaproponowano mi się skombinowaną gdzieś ruską wódkę (nie omieszkałem podkreślić, że Polska wódka jest miliard razy lepsza). Ale nie tylko - Brazylijczycy zrobili mi Caipirinha'e - drink z cytryną, ichniejszym alkoholem kashasą i cukrem.... M I O D Z I O ! I do tego wszystkiego oczywiście browarek i mięsko. Wszystko byłoby oko gdyby nie to, że było tak kuresko gorąco.


W każdym razie posiadówa skończyła się dopiero koło 12 i niektórzy najtwardsi Brazylieros poszli żygać... LAME :D

piątek, 14 stycznia 2011

Wakacjów ciąg dalszy

       Trochę zaniedbałem blogaska, ale tak jak pisałem na początku - z moim słomianym zapałem można było się tego spodziewać. Ale skrobnę coś :)

      Jednym z ważniejszych punktów wakacji tutaj była oczywiście Wigilia z Brazylijczykami i Sylwestrowy wyjazd pod namioty.


     Jako, że Wigilia był szybciejsiej to napiszę o niej pierwej. Święta w Brazylii wyglądają mega inaczej niż u nas. Przede wszystkim różnią się potrawy, ale do nich jeszcze wrócę. Dla mnie największym szokiem była pora i atmosfera. U nas w kraju, Wigilię spędza się z rodzinką zmulając - kolację ( zależności od tradycji rodzinnej) je się koło 18 / 20. Natomiast Brazylieros nic nie jedzą aż do północy! Dopiero o 12 można jeść - wcześniej zazwyczaj są rozmowy przy piwie - najczęściej o piłce nożnej oczywiście, choć jako że byłem jedynym nie Brazylijczykiem na kolacji sporo rozmawialiśmy o tym jak wygląda Polska i Europa w porównaniu z Brazylią. Co ciekawe dla nich to my jesteśmy mega egzotyczni i śnieg w grudniu lub styczniu nie mieści im się w głowie - precyzując, choć wszyscy są tutaj ode mnie starsi nigdy w życiu nie widzieli śniegu! I to, że u nas jest mnóstwo puchu o tej porze roku wydawało im się niewiarygodne.



Co do potraw - okazuje się, że przysmakiem w Brazylii jest coś na kształt naszej sałatki warzywnej tylko jest jedna różnica... oni do całej potrawy dodają kupione w sklepie chipsy! Na początku byłem sceptyczny, ale dałem się przekonać - i nawet było całkiem dobre :) Mają też coś na kształt proszku - jedzą korzeń w proszku. To niby jakaś specjalna roślina, która sobie rośnie i tradycyjną formą jedzenia jej jest właśnie w formie proszku. Niestety nie mam zdjęć, ale wygląda to trochę jak nasza bułka tarta i jest podobnej konsystencji. Smak? Szału nie było. Pamiętam jeszcze, że była pieczeń w sosie musztardowym - za cholerę nie wiem co to był za rodzaj mięsa, ale było bardzo smaczne. No i jak wspomniałem wcześniej piwo jest nieodłącznym składnikiem ichniejszej Wigilii. Do kościółka śmigają wcześniej niż my - koło godziny 17 - i oczywiście nie ma pasterki.
Po godzinie 12 kiedy wszyscy już zjedli zazwyczaj całe towarzystwo się rozchodzi do klubów na wielką imprezę. Wygląda to bardziej jak Sylwester niż Wigilia, ale z kolei Sylwek jest u nich bardziej rodzinnym świętem i wygląda bardziej jak nasza Wigilia :)


Na Sylwestra zdecydowałem się opuścić Sydney - wiem, przegapiłem fajerwerki, ale postanowiliśmy ze znajomymi ruszyć się poza miasto, gdyż jak wiecie u mnie pełnia lata i potrafi być mega gorąco. Zwłaszcza w mieście. Wraz z trójką Kolumbijczyków i Irlandyczkiem ( jeśli przeglądacie FB to wiecie jak wyglądają i o kim mówię) postanowiliśmy wynająć samochód i ruszyć na północ w poszukiwaniu pięknych plaż i trochę oddechu od 5 milionowego Sydney. Zamówiliśmy sobie kamping w Port Stephens (trochę nasze Międzyzdroje dla mieszkańców Sydney) i ostatniego dnia grudnia ruszyliśmy w drogę. Jako że nasz Irlandczyk jest też przy okazji Australijczykiem pokazał nam po drodze kilka fajnych miejscówek. Czasem szczena opadała - zdecydowanie warto odwiedzić :)
Droga zajęła nam około 4 godzin, ale szybko minęło na wygłupach i innych pierdołach. Jako, że Ciaran (Irlandczyk) jest fanem AC/DC podróż minęła głośno. Oczywiście nie obyło się bez sytuacji awaryjnych - tutaj jak wyjedzie się poza większą aglomeracją NAPRAWDĘ trzeba uważać na kangury - lubią skubane wyskoczyć w ostatniej sekundzie przed maskę. Nam na szczęście udało się w żadnego nie uderzyć, ale jeden gamoń przeskoczył nasz samochód kiedy próbowaliśmy ochłonąć po mocnym hamowaniu...
Kamping okazał się całkiem spoko - basen, kręgle, mini-golf i takie pierdołki.
Ale najważniejsze jest to, że było niedaleko do plaży. Moją ulubioną była plaża nazwana Zenith - to ta gdzie na FB mam zdjęci strzelone z rąsi. Naprawdę coś niesamowitego - ogormne fale, woda ciepłutka, piwo zimne. Raj.
Generalnie cały wypad spędziliśmy na różnych plażach w okolicach Port Stephens, ale udało nam sie także zobaczyć delfiny (zgodnie ustaliliśmy, że delfiny ''are gay'', ale także ogromne piaszczyste wydmy w okół wybrzeża.
W Port Stephens jest jedyne miejsce na wschodnim wybrzeżu Australii gdzie można zobaczyć jak słońce zachodzi nad morzem - widok jest naprawdę niesamowity.
Generalnie bardzo dobry wypad, kilka razy nawet udało mi się narąbać :)
No i nad naszymi namiotami zdecydowała się przekimać koala, więc dodatkowa atrakcja - nigdy nie widziałem dzikiej  koali :D

W drodze powrotnej do Sydney zdecydowaliśmy się ruszyć do Hunter Valley - jest to największy w Australii region produkcji win. Mnóstwo winnic i naprawdę super widoczki. Dodatkowym bonusem oczywiście jest to, że w każdej winnicy jest darmowe próbowanie - także po odwiedzeniu 5 byłem już nieźle zaprawiony nie wydając ani centa!