Jako że dziś jeden z moich najlepszych przyjaciół ma urodziny (23!) to wypada złożyć życzenia!
Mój ukochany Kamilku - zdrówka, kasy i szczęścia. Oprócz tego trzymam mocno kciuki za Twoją pracę inżynierską, choć wiem, że rozpierdolisz ich z palcem w dupie!
( zdjęcie chyba sprzed 2 lat )
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Ziom!
czwartek, 27 stycznia 2011
wtorek, 18 stycznia 2011
Brazylijska piła i bbq
Ostatnimi czasy stało się u nas w domu tradycją, że co niedzielę śmigamy sobie na boisko i gramy w nogę. Nikogo nie powinno to dziwić w końcu większość moich współlokatorów to Brazylijczycy. Ale w zeszłą niedzielę postanowiliśmy zrobić jeszcze sobie grilla, jako że jeden z naszych Brazylijczyków miał urodziny. Do boicha mamy może jakieś 5 minutek piechotką także zapowiadało się na przyjemny spacer... ale co tu dużo mówić - jakieś 300 metrów po wyjściu z domu zacząłem się topić. Zwyczajnie dla mnie tak wysokie temperatury to jest lekki przesadzym. Nawet Brazylieros, którzy przyzwyczajeni są przecież do tak wysokich temperatur zaczęli narzekać na gorąco. Ale grać trzeba - to przecież religia u nich :) Boisko jest trawiaste, nie ma żadnych bramek bo przy okazji jest to boisko do krykieta, baseballu i jeszcze miliarda innych sportów. Bramki zrobiło się z plecaków, podzieliło się na 2 drużyny ( a było co dzielić - było nas 10 chłopa) i po chwili bez żadnych butów rozpoczęliśmy mecz. Gra się super, a Brazylieros naprawdę potrafią grać. Nie wszyscy co prawda, dzięki czemu mogłem powymieniać kilka piłek i nie byłem najgorszy na boisku :) W miedzy czasie w pobliskim parku jakaś rodzinka robiła super słodkie urodziny swojemu dzieciakowi - super baloniki i takie pierdoły. Widzieli, że latamy po tym boisku i zauważyli, że powoli robimy się zmęczeni - zwłaszcza, że słoneczko naprawdę naparzało. I tu ciekawa sprawa - w Polsce właściwie nie spotykana - rodzinka przyszła do nas, żebyśmy chwilę odpoczęli, dali nam ciastka, a my odśpiewaliśmy dzieciakowi 100 lat po brazylijsku - no dobra ja nie śpiewałem :p
W każdym razie pytali skąd jesteśmy i co robimy i takie tam.
Po meczu (moja drużyna przegrała) poszliśmy wydymani do domu wrzucić się pod zimny prych. Kiedy wszyscy się ogarnęli poszliśmy do markietu kupiliśmy 3 zgrzewki browaru, kupę mięcha, węgiel i zaczęło się wielkie grillowanie. Jako, że byłem jedyny Polak zaraz zaproponowano mi się skombinowaną gdzieś ruską wódkę (nie omieszkałem podkreślić, że Polska wódka jest miliard razy lepsza). Ale nie tylko - Brazylijczycy zrobili mi Caipirinha'e - drink z cytryną, ichniejszym alkoholem kashasą i cukrem.... M I O D Z I O ! I do tego wszystkiego oczywiście browarek i mięsko. Wszystko byłoby oko gdyby nie to, że było tak kuresko gorąco.
W każdym razie posiadówa skończyła się dopiero koło 12 i niektórzy najtwardsi Brazylieros poszli żygać... LAME :D
W każdym razie pytali skąd jesteśmy i co robimy i takie tam.
Po meczu (moja drużyna przegrała) poszliśmy wydymani do domu wrzucić się pod zimny prych. Kiedy wszyscy się ogarnęli poszliśmy do markietu kupiliśmy 3 zgrzewki browaru, kupę mięcha, węgiel i zaczęło się wielkie grillowanie. Jako, że byłem jedyny Polak zaraz zaproponowano mi się skombinowaną gdzieś ruską wódkę (nie omieszkałem podkreślić, że Polska wódka jest miliard razy lepsza). Ale nie tylko - Brazylijczycy zrobili mi Caipirinha'e - drink z cytryną, ichniejszym alkoholem kashasą i cukrem.... M I O D Z I O ! I do tego wszystkiego oczywiście browarek i mięsko. Wszystko byłoby oko gdyby nie to, że było tak kuresko gorąco.
W każdym razie posiadówa skończyła się dopiero koło 12 i niektórzy najtwardsi Brazylieros poszli żygać... LAME :D
piątek, 14 stycznia 2011
Wakacjów ciąg dalszy
Trochę zaniedbałem blogaska, ale tak jak pisałem na początku - z moim słomianym zapałem można było się tego spodziewać. Ale skrobnę coś :)
Jednym z ważniejszych punktów wakacji tutaj była oczywiście Wigilia z Brazylijczykami i Sylwestrowy wyjazd pod namioty.
Jako, że Wigilia był szybciejsiej to napiszę o niej pierwej. Święta w Brazylii wyglądają mega inaczej niż u nas. Przede wszystkim różnią się potrawy, ale do nich jeszcze wrócę. Dla mnie największym szokiem była pora i atmosfera. U nas w kraju, Wigilię spędza się z rodzinką zmulając - kolację ( zależności od tradycji rodzinnej) je się koło 18 / 20. Natomiast Brazylieros nic nie jedzą aż do północy! Dopiero o 12 można jeść - wcześniej zazwyczaj są rozmowy przy piwie - najczęściej o piłce nożnej oczywiście, choć jako że byłem jedynym nie Brazylijczykiem na kolacji sporo rozmawialiśmy o tym jak wygląda Polska i Europa w porównaniu z Brazylią. Co ciekawe dla nich to my jesteśmy mega egzotyczni i śnieg w grudniu lub styczniu nie mieści im się w głowie - precyzując, choć wszyscy są tutaj ode mnie starsi nigdy w życiu nie widzieli śniegu! I to, że u nas jest mnóstwo puchu o tej porze roku wydawało im się niewiarygodne.
Co do potraw - okazuje się, że przysmakiem w Brazylii jest coś na kształt naszej sałatki warzywnej tylko jest jedna różnica... oni do całej potrawy dodają kupione w sklepie chipsy! Na początku byłem sceptyczny, ale dałem się przekonać - i nawet było całkiem dobre :) Mają też coś na kształt proszku - jedzą korzeń w proszku. To niby jakaś specjalna roślina, która sobie rośnie i tradycyjną formą jedzenia jej jest właśnie w formie proszku. Niestety nie mam zdjęć, ale wygląda to trochę jak nasza bułka tarta i jest podobnej konsystencji. Smak? Szału nie było. Pamiętam jeszcze, że była pieczeń w sosie musztardowym - za cholerę nie wiem co to był za rodzaj mięsa, ale było bardzo smaczne. No i jak wspomniałem wcześniej piwo jest nieodłącznym składnikiem ichniejszej Wigilii. Do kościółka śmigają wcześniej niż my - koło godziny 17 - i oczywiście nie ma pasterki.
Po godzinie 12 kiedy wszyscy już zjedli zazwyczaj całe towarzystwo się rozchodzi do klubów na wielką imprezę. Wygląda to bardziej jak Sylwester niż Wigilia, ale z kolei Sylwek jest u nich bardziej rodzinnym świętem i wygląda bardziej jak nasza Wigilia :)
Na Sylwestra zdecydowałem się opuścić Sydney - wiem, przegapiłem fajerwerki, ale postanowiliśmy ze znajomymi ruszyć się poza miasto, gdyż jak wiecie u mnie pełnia lata i potrafi być mega gorąco. Zwłaszcza w mieście. Wraz z trójką Kolumbijczyków i Irlandyczkiem ( jeśli przeglądacie FB to wiecie jak wyglądają i o kim mówię) postanowiliśmy wynająć samochód i ruszyć na północ w poszukiwaniu pięknych plaż i trochę oddechu od 5 milionowego Sydney. Zamówiliśmy sobie kamping w Port Stephens (trochę nasze Międzyzdroje dla mieszkańców Sydney) i ostatniego dnia grudnia ruszyliśmy w drogę. Jako że nasz Irlandczyk jest też przy okazji Australijczykiem pokazał nam po drodze kilka fajnych miejscówek. Czasem szczena opadała - zdecydowanie warto odwiedzić :)
Droga zajęła nam około 4 godzin, ale szybko minęło na wygłupach i innych pierdołach. Jako, że Ciaran (Irlandczyk) jest fanem AC/DC podróż minęła głośno. Oczywiście nie obyło się bez sytuacji awaryjnych - tutaj jak wyjedzie się poza większą aglomeracją NAPRAWDĘ trzeba uważać na kangury - lubią skubane wyskoczyć w ostatniej sekundzie przed maskę. Nam na szczęście udało się w żadnego nie uderzyć, ale jeden gamoń przeskoczył nasz samochód kiedy próbowaliśmy ochłonąć po mocnym hamowaniu...
Kamping okazał się całkiem spoko - basen, kręgle, mini-golf i takie pierdołki.
Ale najważniejsze jest to, że było niedaleko do plaży. Moją ulubioną była plaża nazwana Zenith - to ta gdzie na FB mam zdjęci strzelone z rąsi. Naprawdę coś niesamowitego - ogormne fale, woda ciepłutka, piwo zimne. Raj.
Generalnie cały wypad spędziliśmy na różnych plażach w okolicach Port Stephens, ale udało nam sie także zobaczyć delfiny (zgodnie ustaliliśmy, że delfiny ''are gay'', ale także ogromne piaszczyste wydmy w okół wybrzeża.
W Port Stephens jest jedyne miejsce na wschodnim wybrzeżu Australii gdzie można zobaczyć jak słońce zachodzi nad morzem - widok jest naprawdę niesamowity.
Generalnie bardzo dobry wypad, kilka razy nawet udało mi się narąbać :)
No i nad naszymi namiotami zdecydowała się przekimać koala, więc dodatkowa atrakcja - nigdy nie widziałem dzikiej koali :D
W drodze powrotnej do Sydney zdecydowaliśmy się ruszyć do Hunter Valley - jest to największy w Australii region produkcji win. Mnóstwo winnic i naprawdę super widoczki. Dodatkowym bonusem oczywiście jest to, że w każdej winnicy jest darmowe próbowanie - także po odwiedzeniu 5 byłem już nieźle zaprawiony nie wydając ani centa!
Jednym z ważniejszych punktów wakacji tutaj była oczywiście Wigilia z Brazylijczykami i Sylwestrowy wyjazd pod namioty.
Jako, że Wigilia był szybciejsiej to napiszę o niej pierwej. Święta w Brazylii wyglądają mega inaczej niż u nas. Przede wszystkim różnią się potrawy, ale do nich jeszcze wrócę. Dla mnie największym szokiem była pora i atmosfera. U nas w kraju, Wigilię spędza się z rodzinką zmulając - kolację ( zależności od tradycji rodzinnej) je się koło 18 / 20. Natomiast Brazylieros nic nie jedzą aż do północy! Dopiero o 12 można jeść - wcześniej zazwyczaj są rozmowy przy piwie - najczęściej o piłce nożnej oczywiście, choć jako że byłem jedynym nie Brazylijczykiem na kolacji sporo rozmawialiśmy o tym jak wygląda Polska i Europa w porównaniu z Brazylią. Co ciekawe dla nich to my jesteśmy mega egzotyczni i śnieg w grudniu lub styczniu nie mieści im się w głowie - precyzując, choć wszyscy są tutaj ode mnie starsi nigdy w życiu nie widzieli śniegu! I to, że u nas jest mnóstwo puchu o tej porze roku wydawało im się niewiarygodne.
Co do potraw - okazuje się, że przysmakiem w Brazylii jest coś na kształt naszej sałatki warzywnej tylko jest jedna różnica... oni do całej potrawy dodają kupione w sklepie chipsy! Na początku byłem sceptyczny, ale dałem się przekonać - i nawet było całkiem dobre :) Mają też coś na kształt proszku - jedzą korzeń w proszku. To niby jakaś specjalna roślina, która sobie rośnie i tradycyjną formą jedzenia jej jest właśnie w formie proszku. Niestety nie mam zdjęć, ale wygląda to trochę jak nasza bułka tarta i jest podobnej konsystencji. Smak? Szału nie było. Pamiętam jeszcze, że była pieczeń w sosie musztardowym - za cholerę nie wiem co to był za rodzaj mięsa, ale było bardzo smaczne. No i jak wspomniałem wcześniej piwo jest nieodłącznym składnikiem ichniejszej Wigilii. Do kościółka śmigają wcześniej niż my - koło godziny 17 - i oczywiście nie ma pasterki.
Po godzinie 12 kiedy wszyscy już zjedli zazwyczaj całe towarzystwo się rozchodzi do klubów na wielką imprezę. Wygląda to bardziej jak Sylwester niż Wigilia, ale z kolei Sylwek jest u nich bardziej rodzinnym świętem i wygląda bardziej jak nasza Wigilia :)
Na Sylwestra zdecydowałem się opuścić Sydney - wiem, przegapiłem fajerwerki, ale postanowiliśmy ze znajomymi ruszyć się poza miasto, gdyż jak wiecie u mnie pełnia lata i potrafi być mega gorąco. Zwłaszcza w mieście. Wraz z trójką Kolumbijczyków i Irlandyczkiem ( jeśli przeglądacie FB to wiecie jak wyglądają i o kim mówię) postanowiliśmy wynająć samochód i ruszyć na północ w poszukiwaniu pięknych plaż i trochę oddechu od 5 milionowego Sydney. Zamówiliśmy sobie kamping w Port Stephens (trochę nasze Międzyzdroje dla mieszkańców Sydney) i ostatniego dnia grudnia ruszyliśmy w drogę. Jako że nasz Irlandczyk jest też przy okazji Australijczykiem pokazał nam po drodze kilka fajnych miejscówek. Czasem szczena opadała - zdecydowanie warto odwiedzić :)
Droga zajęła nam około 4 godzin, ale szybko minęło na wygłupach i innych pierdołach. Jako, że Ciaran (Irlandczyk) jest fanem AC/DC podróż minęła głośno. Oczywiście nie obyło się bez sytuacji awaryjnych - tutaj jak wyjedzie się poza większą aglomeracją NAPRAWDĘ trzeba uważać na kangury - lubią skubane wyskoczyć w ostatniej sekundzie przed maskę. Nam na szczęście udało się w żadnego nie uderzyć, ale jeden gamoń przeskoczył nasz samochód kiedy próbowaliśmy ochłonąć po mocnym hamowaniu...
Kamping okazał się całkiem spoko - basen, kręgle, mini-golf i takie pierdołki.
Ale najważniejsze jest to, że było niedaleko do plaży. Moją ulubioną była plaża nazwana Zenith - to ta gdzie na FB mam zdjęci strzelone z rąsi. Naprawdę coś niesamowitego - ogormne fale, woda ciepłutka, piwo zimne. Raj.
Generalnie cały wypad spędziliśmy na różnych plażach w okolicach Port Stephens, ale udało nam sie także zobaczyć delfiny (zgodnie ustaliliśmy, że delfiny ''are gay'', ale także ogromne piaszczyste wydmy w okół wybrzeża.
W Port Stephens jest jedyne miejsce na wschodnim wybrzeżu Australii gdzie można zobaczyć jak słońce zachodzi nad morzem - widok jest naprawdę niesamowity.
Generalnie bardzo dobry wypad, kilka razy nawet udało mi się narąbać :)
No i nad naszymi namiotami zdecydowała się przekimać koala, więc dodatkowa atrakcja - nigdy nie widziałem dzikiej koali :D
W drodze powrotnej do Sydney zdecydowaliśmy się ruszyć do Hunter Valley - jest to największy w Australii region produkcji win. Mnóstwo winnic i naprawdę super widoczki. Dodatkowym bonusem oczywiście jest to, że w każdej winnicy jest darmowe próbowanie - także po odwiedzeniu 5 byłem już nieźle zaprawiony nie wydając ani centa!
niedziela, 19 grudnia 2010
Wakacje!
Niedawno zaczęły mi się wakacje i postanowiłem w ramach weekendowego opierdzielania się ruszyć się do tutejszych ogrodów botanicznych. Naprawdę ekstra sprawa, można sobie łazić po trawie, grać w piłę i takie pierdoły. Mnóstwo ludzi zwyczajnie w przerwach w pracy wychodzi tutaj i sobie na ławeczkach albo na trawce wciągają śniadanka. Wszystko to w zasięgu kilku metrów od ścisłego centrum
Także Miłanku, jak się pojawisz to śmigamy :]Następną spoko sprawą, której w Polsce się nie obserwuje są świąteczne dekoracje autobusów. Potrafię zrozumieć dlaczego u nas się tego nie robi - śnieg zaraz by wszystko rozpieprzył, a i nasi miejscowi żule szybko by się z ozdobami rozprawili. W każdym razie tak wyglądają teraz autobusy w Sydney. Oczywiście, że nie wszystkie, ale na pewno co 4.
Mareczek chciał jeszcze jakiś widoczek - proszę Cię bardzo !
Czekam na Was Gamonie w Sydney. Więc kombinować i wpadać !
wtorek, 14 grudnia 2010
Anormalność
Nie wiem czy jestem do końca normalny. Jestem tutaj mniej niż 3 miesiące, a już myślę, że nie chcę wracać zaraz potem do Polski. Ale zdecydowanie nie chcę zostać dłużej w Australii. Już myślę co chcę robić po zakończeniu mojego pobytu tutaj. Ciągle mnie ciągnie do czegoś nowego i nie wiem czemu ale szybko się nudzę. Kompletnie zmieniła mi się filozofia odnośnie związków i takich tam ''poważnych'' bajerów. Już nie chcę chajtać się w wieku 25 lat i zaraz potem mieć dzieciaka. Zamiast tego chcę podróżować i choć wiem, że pewnie zmienię moje plany jeszcze jakieś miliard razy to na chwilę obecną marzy mi się dłuższy pobyt w Indiach a w szczególności Nepal i Himalaje. Wiem, że może to zabrzmi jak z ameryckich filmów, ale naprawdę mam ochotę poznać filozofię buddyjską i posiedzieć sobie w takich klimatach trochę dłużej. A, że widoki będą sprzyjały kontemplacjom tym lepiej :)
I jak mój słitaśny blogasek ma coraz więcej czytelników to pozdrawiam Olę :D
I jak mój słitaśny blogasek ma coraz więcej czytelników to pozdrawiam Olę :D
środa, 8 grudnia 2010
Było o mnie głośno....
Nie uwierzycie, ale wczoraj w Akademickim Radiu Luz był około godzinny program, którego niżej podpisany był głównym bohaterem :) Zdarza mi się słuchaj Luzu przez net tutaj bo nawet czasem puszczą coś fajnego. W pewnym momencie spiker pyta co ciekawego można porobić w taką pogodę we Wrocławiu. Jako, że mam ich na gg postanowiłem troszkę biednego prowadzącego pognębić - napisałem, że tutaj w Australii to najlepiej ruszyć się na plaże bo jest zdecydowanie z gorąco na robienie czegoś innego. Tak oto zaczęła się nasza rozmowa, o moich planach, skąd się w ogóle w Australii wziąłem i jak mi się tu żyje. Sprzedałem newsa o tym, że jedyną wzmianką o Polsce w tutejszych mediach był ten Jezus ze Świebodzina :)
Potem generalnie sobie trochę pogadaliśmy i całkiem spoko.
Także teraz to już jestem na maxa sławny i jakby ktoś chciał autograf to wie gdzie mnie znaleźć :D
Elo!
Potem generalnie sobie trochę pogadaliśmy i całkiem spoko.
Także teraz to już jestem na maxa sławny i jakby ktoś chciał autograf to wie gdzie mnie znaleźć :D
Elo!
czwartek, 2 grudnia 2010
Haka!
Zostałem fanem Haki. Bez dwóch zdań. Co to jest Haka? Jest wykonywana przez wojowników przed bitwą, miała ona ukazać ich siłę, wolę zwycięstwa i w ten sposób przestraszyć lub odstraszyć przeciwnika. Najlepiej wpisać w tubę ''haka'' na pewno wyskoczy z milion wyników. W każdym razie dziś po zajęciach poszliśmy do baru na kilka piwek i co czwartkowego bilarda. Po partycje albo dwóch ktoś wpadł na pomysł zakładu - jeśli jaz moim kolegą z drużyny Danielem przegram to musimy się przeczołgać pod stołami, jeśli Cody z Ciaranem to muszą odstawić Hakę. Przyznać muszę, że pierwszą partię przegraliśmy sromotnie i nie pozostało nam nic innego jak ku ogólnej uciesze innych graczy i ochlapusów przeczołgać się pod tymi durowatymi stołami - trochę się z nas pośmiali, ale generalnie wesoło :) Ale jako, że jesteśmy twardzi zaproponowaliśmy rewanż na takich samych zasadach. I znowu nasze dupska zostały skopane.... prawie :) Została im do wbicia czarna bilia, a umówiliśmy się, że trzeba wcześniej ustalić do której uzy wbija się bilę. I jak się pewnie domyślacie chłopaki pierdolnęli nie tam gdzie trzeba. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy około 100 ludzi którzy tam byli na mój ryk radości,a chwilę potem jak dwóch białasów (Australijczyk i Irlandczyk) zaczęli Hakę.... mało powiedziane dostali za to piwko w grarisie. Ale co się pośmiałem to moje :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
