niedziela, 19 grudnia 2010

Wakacje!

Niedawno zaczęły mi się wakacje i postanowiłem w ramach weekendowego opierdzielania się ruszyć się do tutejszych ogrodów botanicznych. Naprawdę ekstra sprawa, można sobie łazić po trawie, grać w piłę i takie pierdoły. Mnóstwo ludzi zwyczajnie w przerwach w pracy wychodzi tutaj i sobie na ławeczkach albo na trawce wciągają śniadanka. Wszystko to w zasięgu kilku metrów od ścisłego centrum
Także Miłanku, jak się pojawisz to śmigamy :]

Następną spoko sprawą, której w Polsce się nie obserwuje są świąteczne dekoracje autobusów. Potrafię zrozumieć dlaczego u nas się tego nie robi - śnieg zaraz by wszystko rozpieprzył, a i nasi miejscowi żule szybko by się z ozdobami rozprawili. W każdym razie tak wyglądają teraz autobusy w Sydney. Oczywiście, że nie wszystkie, ale na pewno co 4.


Mareczek chciał jeszcze jakiś widoczek - proszę Cię bardzo !


Czekam na Was Gamonie w Sydney. Więc kombinować i wpadać !

wtorek, 14 grudnia 2010

Anormalność

Nie wiem czy jestem do końca normalny. Jestem tutaj mniej niż 3 miesiące, a już myślę, że nie chcę wracać zaraz potem do Polski. Ale zdecydowanie nie chcę zostać dłużej w Australii. Już myślę co chcę robić po zakończeniu mojego pobytu tutaj. Ciągle mnie ciągnie do czegoś nowego i nie wiem czemu ale szybko się nudzę. Kompletnie zmieniła mi się filozofia odnośnie związków i takich tam ''poważnych'' bajerów. Już nie chcę chajtać się w wieku 25 lat i zaraz potem mieć dzieciaka. Zamiast tego chcę podróżować i choć wiem, że pewnie zmienię moje plany jeszcze jakieś miliard razy to na chwilę obecną marzy mi się dłuższy pobyt w Indiach a w szczególności Nepal i Himalaje. Wiem, że może to zabrzmi jak z ameryckich filmów, ale naprawdę mam ochotę poznać filozofię buddyjską i posiedzieć sobie w takich klimatach trochę dłużej. A, że widoki będą sprzyjały kontemplacjom tym lepiej :)
I jak mój słitaśny blogasek ma coraz więcej czytelników to pozdrawiam Olę :D

środa, 8 grudnia 2010

Było o mnie głośno....

Nie uwierzycie, ale wczoraj w Akademickim Radiu Luz był około godzinny program, którego niżej podpisany był głównym bohaterem :) Zdarza mi się słuchaj Luzu przez net tutaj bo nawet czasem puszczą coś fajnego. W pewnym momencie spiker pyta co ciekawego można porobić w taką pogodę we Wrocławiu. Jako, że mam ich na gg postanowiłem troszkę biednego prowadzącego pognębić - napisałem, że tutaj w Australii to najlepiej ruszyć się na plaże bo jest zdecydowanie z gorąco na robienie czegoś innego. Tak oto zaczęła się nasza rozmowa, o moich planach, skąd się w ogóle w Australii wziąłem i jak mi się tu żyje. Sprzedałem newsa o tym, że jedyną wzmianką o Polsce w tutejszych mediach był ten Jezus ze Świebodzina :)
Potem generalnie sobie trochę pogadaliśmy i całkiem spoko.
Także teraz to już jestem na maxa sławny i jakby ktoś chciał autograf to wie gdzie mnie znaleźć :D
Elo!

czwartek, 2 grudnia 2010

Haka!

Zostałem fanem Haki. Bez dwóch zdań. Co to jest Haka? Jest wykonywana przez wojowników przed bitwą, miała ona ukazać ich siłę, wolę zwycięstwa i w ten sposób przestraszyć lub odstraszyć przeciwnika. Najlepiej wpisać w tubę ''haka'' na pewno wyskoczy z milion wyników. W każdym razie dziś po zajęciach poszliśmy do baru na kilka piwek i co czwartkowego bilarda. Po partycje albo dwóch ktoś wpadł na pomysł zakładu - jeśli jaz moim kolegą z drużyny Danielem przegram to musimy się przeczołgać pod stołami, jeśli Cody z Ciaranem to muszą odstawić Hakę. Przyznać muszę, że pierwszą partię przegraliśmy sromotnie i nie pozostało nam nic innego jak ku ogólnej uciesze innych graczy i ochlapusów przeczołgać się pod tymi durowatymi stołami - trochę się z nas pośmiali, ale generalnie wesoło :) Ale jako, że jesteśmy twardzi zaproponowaliśmy rewanż na takich samych zasadach. I znowu nasze dupska zostały skopane.... prawie :) Została im do wbicia czarna bilia, a umówiliśmy się, że trzeba wcześniej ustalić do której uzy wbija się bilę. I jak się pewnie domyślacie chłopaki pierdolnęli nie tam gdzie trzeba. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy około 100 ludzi którzy tam byli na mój ryk radości,a chwilę potem jak dwóch białasów (Australijczyk i Irlandczyk) zaczęli Hakę.... mało powiedziane dostali za to piwko w grarisie. Ale co się pośmiałem to moje :)


wtorek, 30 listopada 2010

If you're gonna be dumb you have to be tough!

Szalone kilka ostatnich dni.
Do mojego domu wprowadził się ziomek z Polski. Jako mój rodak przywitał się odpowiednio ( 0.7). Koło godziny 17 w niedzielę byliśmy już porobieni. Zamiast zostać grzecznie w domu postanowiliśmy ruszyć się do miasta na bilarda i jakieś piwko. Zadzwoniłem do kilku znajomych i ustawiliśmy się w shark hotel na liverpool st.  Po kilku piwkach nikt nie chciał kończyć imprezy. No to wiadomka - zrzuta na krate browarów i idziemy w plener. ''Plener'' w Sydney zazwyczaj oznacza chlanie w parku. Mając już nieźle w czubie rozsiedliśmy się na ławce w Hyde Parku przy fontannie. Kulturka. Z tym, że po jakimś czasie zaczęło nam odpierdzielać i skończyło się kąpielą w fontannie. Nago. Uczciwie muszę przyznać, że osobiście się nie kąpałem bo nie za bardzo byłem żywy. Chwile po kąpieli dołączył do nas Australijczyk, który własnie uciekł ze szpitala psychiatrycznego... serio! Wymknął się, żeby napić się piwa i zajarać szluga :D
 Koło 2 albo 3 alkohol się skończył i ruszyliśmy na miejscówe do spania. Spaliśmy u znajomka na chacie, którą dzieli z innymi zagranicznymi studentami, a właściwie powinienem powiedzieć studentkami. Głównie z Fracji.
Wyobraźcie sobie ich zdziwienie kiedy nad ranem zobaczyły mnie - 100 kilogramowego wieloryba, raczej nie ogolonego i ciągle pijanego śpiącego na ich kanapie o 6 rano w poniedziałek
A w poniedziałek - na 8 rano mam do szkoły i akurat tego dnia musiałem w niej być. Więc wstałem, ubrałem buty powiedziałem ładnie ''bye'' do moich nowych ''koleżanek'' i pobiegłem na autobus, żeby coś się ogarnąć i jeszcze ruszyć się na uczelnię
Szkoła była straszna.

sobota, 27 listopada 2010

Yo!

 Kolejny dzień w słonecznym Sydney. Dziś jak zapowiadałem ruszyłem dupę do biblioteki, ażby przygotować ten durnowaty esej o internecie. Jak nie dasz 3 albo 4 źródeł książkowych to zostajesz ukamienowany... No dobra może nie do końca, ale naprawdę nie polecam używania tylko netu tutaj. To trochę jak w ameryckich filmach - każdy dzieciak mówi, że nie może iść na super młodzieżową banię do Mike'a bo musi iść do biblioteki. Całą swoją karierę naukową spędziłem raczej nie specjalnie przesiadując w tego typu instytyucjach, podczas gdy tutaj jeśli nie chcę być wywalony bo kilku dniach będę zmuszony poświęcać na to czas. Ale za to nadrabia to wszystko takim klimatem akademickim, którego moim zdaniem brakuje na naszych polskich uczelniach. Zdjęcie niżej przedstawia część kampusu uniwerku technicznego Sydney, gdzie ostatnio zdarzyło mi się pograć trochę w kosza. Czy aż się kurde nie chce studiować? Zaraz obok jest basen, korty tenisowe i takie bajery, a cała reszta parku też naprawdę robi nieziemskie wrażenie.
Na focie niżej możecie zobaczyć jak wygląda budynek uniwerku. Spoko są takie stare kilimaciwa, pachnie długą tradycją akademicką ( no może ''długa'' nie jest tutaj najlepszym słowem, kraj ma raptem 200 lat z hakiem) Ale spoko jest, że wszystko jest na kupie i jest gdzie posadzić tyłek w przerwach zajęć albo po nich. Syfu brak.

piątek, 26 listopada 2010

Kurde. Odzwyczaiłem się od nauki jako takiej. Na studiach kazano mi zaliczać egzaminy a nie umieć cokolwiek. Teraz niestety sporo się zmienia. Do szkoły codziennie na 8 rano i nie ma przebacz. No i muszę się uczyć. Dacie wiarę? Dzień w dzień! Jutro jest sobota a ja jak każdy człowiek w moim wieku powinienem leczyć kaca, ale zamiast tego idę do biblioteki zbierać materiały na mój najnowszy esej... A jeszcze nawet nie zacząłem nauki na uniwerku tylko szlifuję angola! Czasem wydaje mi się, że Australijski system edukacji ssie!