piątek, 25 marca 2011

Maconheiro!

Siemandero, długo nic nie pisałem bo w sumie i nie było specjalnie o czym pisać. Robi się monotonia i mieszkanie w Sydney (mimo wszystkich jego niewątpliwych uroków) staje się zwyczajną codzienną egzystencją. Minął już czas kiedy za każdym razem obracałem głowę przejeżdżając koło Opery lub przez Harbour Bridge.

Ale kilka ostatnich dni owocowało w kilka bardziej śmiechowych akcji, więc przynajmniej jest o czym napisać :)

Dwa tygodnie temu wprowadziły się do mnie do domu 2 polki i jakoś tak wyszło, że zaprosiłem moich polskich znajomych i zrobiliśmy sobie polski wieczorek przy poezji Sienkiewicza. Impreza zaczęła się koło godziny 21 - winko, ''Kolorowe Jarmarki'' na youtubie, świeże powietrze i gadanie o wszystkim i o niczym. I się okazało, że jest nas całkiem spora grupa, bo udało mi się zebrać 7 osób z Polski ! Uznaliśmy, że to największa Polska impreza w Nowej Południowej Walii. W każdym razie rozmowy się toczyły, przy coraz wyższym współczynniku spożycia i około 2/3 w nocy kiedy w sumie trzeba było powoli się zabierać Czarosław (wspominałem o nim wcześniej) postanowił, że czas się ruszyć na plażę. Jak powiedzieliśmy tak też zrobiliśmy i ekipą ruszyliśmy się w okolicę. Zapomniałem napisać, że część optowała, żeby zabrać z nami stolik bo jak się siądzie na plaży to będzie na czym postawić fanty. Stolik poszedł z nami. Oczywiście po jakiś 5 metrach od razu znaleźliśmy jeden problem - nikt nie wiedział, gdzie ta plaża jest. Chodziły słuchy, że w '' o tutaj niedaleko, 20 minut piechotką'' , ale nikt nie wiedział w jakim kierunku. Niezrażeni poszliśmy ''w tamtym kierunku'' licząc na to, że prędzej czy później do jakiejś wody musimy dojść. Nie mogę napisać wszystkiego, bo szpiedzy szpiegują na maxa i Monika to by mnie chyba zabiła gdybym opisał dokładnie CAŁĄ trasę, ale mogę Wam powiedzieć, że było świetnie. Po drodze zatrzymaliśmy się na pobliskim polu golfowym, aby zrobić użytek z naszego stolika i trochę podreperować siły jakimś lekkim trunkiem. Po chwilowej przerwie część ekipy postanowiła wrócić do domu, podczas gdy najtwardsi ( ze stolikiem na garze) udali się w dalsze poszukiwanie plaży. Idziemy, idziemy a to miało być gdzieś pod Warszawą...! W pewnym momencie kierownik wycieczki zarządził - ''Schodzimy tutaj, tam jest plaża'' - oczywiście poszliśmy za jego przykładem i zaczęła się stroma droga w dół po ciemku, z tym durnym stolikiem.... aha... no i tam gdzie schodziliśmy to była czyjaś posiadłość z płotem, ścieżkami i domem. Ale co tam nie zraziliśmy się, wygląda na to, że wbiliśmy się komuś o 4 w nocy na posiadłość, żeby skorzystać sobie z jego mola i trochę się ochłodzić w wodzie. Posiedzieliśmy chyba do 5 rano nad wodą - miodzio.
Ale przyszedł czas powrotu - i to kawałek był, a my w jakimś specjalnym spacerowym nastroju to nie byliśmy. Czarosław odpadł pierwszy, powiedział, że nie ma siły dalej iść, powiedział ładnie ''cześć'' i położył się spać na polu golfowym w jakiejś małej jaskini :)
Została nas już tylko trójka. Odprowadziłem moich gości na przystanek- była już chyba 7 rano i sam grzecznie udałem się do spania.

----

Jako, że w moim domu mieszka sporo ludzi z różnych krajów (głównie z Brazylii) często siadamy sobie na podwórku w naszych krzesełkach i zaczynają się dysputy o polityce i na naszych krajach. Nie tak dawno temu wprowadził się do nas do domu Włoch - Mauro. Mega spoko typek, mamy podobne poglądy na wiele spraw i podobne poczucie humoru. Tak jak ja nie lubi Mercedesów, a najlepszym sportowym autem jest oczywiście Aston Martin. Ale nie o tym chciałem pisać.
Pewnego razu temat zszedł na politykę. Ja oczywiście wspomniałem Smoleńsk, a on opowiedział mi o Berlusconim. Zapytałem go dlaczego trzymają tego pajaca na stanowisku Premiera, zwłaszcza, że niedawno wybuchła jeszcze jakaś afera seksualna z jego udziałem. Przyznał mi rację, ale powiedział, że nie za bardzo jest na kogo innego głosować bo opozycja jest jeszcze gorsza! Szef opozycji jest zwyczajnym Mafioso i podobno jest jeszcze większym kretynem niż obecny Premier. Nie umiem tego oddać, ale kiedy on mi to opowiadał to myślałem, że padnę ze śmiechu.
Ale powiedział mi jeszcze jedną ciekawą rzecz jaka dzieje się we Włoszech. Oczywiście związaną z piłką nożną. Nie wiem jak jest u nas w kraju dokładnie, więc może ten system też u nas działa. W każdym razie u nich w kraju jest chyba 14 różnych lig poczynając od Serie A. Powiedział mi, że grając w ostatniej lidze zarabiał rocznie 14 euro. Mówi, że wie że to gówno, ale dostawał do rządu 14 euro rocznie tylko dlatego, że chodził z kumplami raz czy dwa razy w tygodniu pokopać piłkę. Najśmieszniejsze jest to, że gdyby inny ''klub'' zechciał go wykupić to musiałby za niego zapłacić... 14 euro! :D Przy okazji dowiedziałem, się o fajnych miejscach we Włoszech, które trzeba odwiedzić, a nie są one jakoś specjalnie turystycznymi regionami.

----

Wspominałem kiedyś, że tradycyjnie gramy tutaj sobie w piłkę nożną. Tym razem mecz wypadł we wtorek i tłumnie ( 6 typa) udaliśmy się do pobliskiego parku pograć trzech na trzech. Pisałem kiedyś o tym parku, zawsze się tam coś dzieje i mnóstwo ludzi się zbiera żeby pograć w piłę, pobiegać czy co tam jeszcze. Bardzo często można spotkać drużyny piłkarskich dzieciaków, z trenerem, koszulkami i tego typu akcje. Kiedy sobie spokojne graliśmy podszedł do nas ich trener i zapytał, czy nie mamy ochoty zmierzyć się z jego drużyną, składającą się z 16/17 latków. Oczywiście się zgodziliśmy. Ej i nawet nie byli od nas jakoś specjalnie lepsi - powiem Wam, że nawet wygraliśmy ten mecz mimo ich super profesjonalnego ''coach'a'' i niby mega zorganizowanej gry. Ale my w składzie mieliśmy 3 Brazylijczyków :) Do czego zmierzam? co 15 minut ich trener brał przerwę i ustawiał chłopaków taktycznie i dawał im super rady jak być lepszymi piłkarzami. Wszyscy słuchali go z uwagą, poważnymi minami i potakiwali. Podczas gdy my zwyczajnie ciepnęliśmy się na trawie i zaczęliśmy zbierać kasę na grilla i piwko, o którym myśleliśmy żeby sobie zrobić po meczu. Ot różnica pokoleń - oni taktyka i organizacja, my piwko i grill :)

No i wspomniałem jeszcze, że wraz z ludźmi w mojej starej szkoły i kilkoma nowymi znajomymi pływaliśmy sobie statkiem po zatoce! 3 godzinny rejs, z muzyką, pizzą za darmo i barem ( nie za darmo...) ale naprawdę piękna sprawa. 3 pokłady, świeże powietrze, muza i Sydney nocą. Zdecydowanie polecam :)


Aha! No i osiągnąłem już dno ubraniowe, mam nadzieję, że paczka z Polski dojdzie jakoś w dającej się przewidzieć przyszłości! Dziś musiałem odpruwające się kieszenie w moich spodniach przykleić super glue!

wtorek, 1 marca 2011

Tydzień jak tydzień

Moje życie tutaj to niestety nie tylko przygody, walki z krwiożerczymi koalami lub karmienie krokodyli. Czasem bywa i tak, że zwyczajnie siedzę i jakoś specjalnie produktywnie czasu nie spędzam.

I tak też było w tym tygodniu. W czwartek jak w każdy czwartek udałem się do Shark Hotel na standardowego billarda i pogaduchy. Już mi w krew weszły takie wypady - zawsze dobrze spotkać się ludźmi i trochę pomłócić w bilarda. Ale jak kilka  razy pewnie już wspomniałem Australia w sferze systemu edukacji w niczym nie przypomina naszej kochanej Polski. Tutaj niczym szczególnym nie jest wyjście z wykładowcami na browarka (cz nawet na jakieś większe picie). Poza szkołą wszyscy stają się kolegami i nie ma większych różnic między studentami i wykładowcami. Tak też stało się w ten czwartek - po kilku rundkach bilarda ze znajomymi wyczaił mnie przy stole były dyrektor mojej szkoły - Miguel. Poważny koleś, lekko po 40 - w szkole zawsze budził respekt. A w barze? ''Jo Adam, come on let me kick your ass in pool!'' Jak zapowiedział tak też zrobił i zmiażdżył mnie w pierwszym meczu. Nie pamiętam, czy udało mi się w ogóle cokolwiek wbić bo chyba nie dał mi okazji - podszedł do stołu i wszystko powbijał. Rozegraliśmy chyba ze 3 czy 4 gry i ani razu nie udało mi się wygrać, choć raz czy dwa nawiązałem w miarę równą walkę. Ale dobry jest koleżka i tyle.
Lubię Shark Hotel - ulokowany w ścisłym centrum na Liverpool St. oferuje tanie piwko i taniego bilarda - przez co pewnie jest często odwiedzany przez studentów, choć co ciekawe zdarzają się kolesie pod krawatami. Ale bar ten ma jedną niezaprzeczalną i wkurzającą wadę - o 21 zaczyna się tam karaoke. Nie ma jakoś nic specjalnie to karaoke, choć sam nie śpiewam, ale puszczają to na maxa głośno, nie da się gadać, a i wykonawcy niestety zwyczajnie zazwyczaj nie dają rady.
I cały czar piwka, grania w bilarda pryska bo zaczyna się wkurzające śpiewanie. Wtedy najczęściej zawijamy się w jakieś inne miejsce (często jest to na przykład ławeczka w parku, gdzie można się bezstresowo raczyć jakimś piwkiem jak to ma ochotę, lub zwyczajnie siada się na trawce i chilluje). Tym razem jednak za namową Miguela poszliśmy do pobliskiego irlandzkiego pubu - do Scruffy-Murphy's. Wraz z nowo poznaną ekipą francusko/kolumbijsko/węgiersko/argentyńsko/haitańską chcieliśmy się załapać na tzw. Trivia
Kto ogrania trochę angielskie puby, choć i nie tylko to wie o czym mówię. Dla tych (jak na przykład dla mnie) dla których jest to nowa opcja śpieszę z tłumaczeniem - trivia jest to konkurs, który polega na odpowiadaniu na pytania zadawane przez prowadzącego. Zgłasza się drużynę, dostaję się kartkę i w ciągu powiedzmy 2 godzin trzeba odpowiedzieć na serię pytań, które prowadzący zadaje co kilka minut, tak ażeby goście zdążyli się naradzić i zamówić kolejny dzbanek piwa. Ale mega bezstresowo - pijesz piwko z ekipą, kłócisz się o to jaka jest prawidłowa odpowiedź i generalnie miło spędzasz czas. Pan prowadzący (oczywiście Irlandczyk) często wrzuca jakieś swoje komentarze, często klnie w kozackim irlandzkim stylu.
No zabawa jest spoko :)

Piątek równie bezproduktywnie - jedyne co zrobiłem to pojechałem na Bondi ogarnąć Temat.
Spotkania ze znajomymi, wyjścia do pobliskich parków, jaranie grilla - leniwo. No i było sporo tematów do obgadania :)
Aha! W piątek Czarosław mnie wyciągnął w plener, żeby zintegrować się z naturą. Nie za bardzo byłem chętny na jakiekolwiek tripy bo za dobrze mi się gadało. No, ale namówił mnie. Wybrałem się kamienistą drogę do buszu (sporo buszu rośnie w mojej okolicy i mimo, że sporo jest takich ładnych parków z trawką to spora część to po prostu porobione ścieżki w nieruszanym przez nikogo buszu) w klapkach! Kiedy dotarliśmy na naszą miejscówę - wodospadzik - żeby sobie przycupnąć w najlepszym miejscu trzeba się przerzucić na drugą stronę strumyczka, który ma może jakiś 1,3 m szerokości. W normalnych butach i bez niespodziewajki to tzw piece of cake, ale jako że podróżowaliśmy z Orange a ja byłem w klapach to wiadomo było, że dojdzie do katastrofy.
No i doszło.
W czasie lądowania po drugiej stronie nóżka mi się powinęła o śliską skałę i co tu dużo mówić wyrżnąłem się nieźle. Nie dość, że paskudnie stłukłem sobie kolano to jeszcze wpadłem przecież do tego strumyka. Cały się oczywiście upierdzielałem, a okulary to przeleciały chyba ze 2 metry jak byłem w fazie wypierdzielania się.

Ale jakoż żyje choć musiałem trochę pokuśtykać niestety :)


HEJ! Życie tutaj to jednak są tylko przygody, nawet jak człowiek chce się zwyczajnie zrelaksować ze znajomkami...

Banksy na dziś:

wtorek, 22 lutego 2011

Goulburn

Po ciężkim tygodniu nauki, przyszedł czas na wielce zasłużony weekend, który tym razem spędziłem poza Sydney - mianowicie postanowiłem wraz z Czarosławem ( moim dobrym człowiekiem z Polski) ruszyć się do miasteczka położonego jakieś 3,5 godziny jazdy pociągiem od Sydney - do Goulburn.


Dlaczego akurat do Goulburn? Szczerze mówiąc nie ma w tym mieście jakiś specjalnych atrakcji turystycznych ani żadnych tego typu akcji. Ale w ten weekend rozgrywały się tam największe w Nowej Południowej Walii zawody rolkarzy. Mnie specjalnie to nie rusza, ale Czarek jest fanem i sam śmiga, więc zaproponował mi wspólną wyprawę. Alternatywą było zostanie w mieście i ruszenie się na Bondi ( najbardziej popularna plaża w Sydney, a przez to również najbardziej komercyjna i zatłoczona) gdzie rozgrywały się pokazy i konkursy deskorolkowe z gwiazdami takimi jak choćby Bob Burnquist, aktualny mistrz świata zdaje się. Ale, jako że nie przepadam z Bondi i wizja ruszenia się poza miasto, zobaczenia kolejnego Australijskiego miasta była bardzo zachęcająca w sobotę o 9 rano dzielnie stawiłem się na umówionej stacji.


I tutaj szybka wzmianka o wkurzającej rzeczy tutaj w Sydney. Mianowicie miasto jest podzielone na kilka stref biletowych - oczywiście można kupić bilet na wszystkie zdaje się 6 sekcji, ale kosztuje on majątek ( roczny bilet to koszt mniej więcej 5,5 tysiąca złotych!!!!), a jak mieszka się w miarę blisko centrum nie ma potrzeby śmigać na drugi koniec miasta (często oddalony od City o jakieś 20/30 km) i bilet na 1 strefę w zupełności pokrywa miejsca w które ewentualnie fajnie by się było wybrać. Żeby dojechać na umówione miejsce musiałem kupić 3 różne bilety, bo mój bilet na wszystkie autobusy na 1 strefę nie działa w drugiej strefie no i jeszcze bilet na pociąg z 2 strefy do samego Goulburn.





Masakra. Lubię to miasto, ale czasem takie akcje sprawiają, że czuję potrzebę przywalenia głową w mur. 


Ale do rzeczy - Goulburn.
Dotarliśmy tam mniej więcej koło 13. Pierwsze co to poszliśmy do najbliższego alkoholowego i kupiliśmy sobie małą nagrodę za nasz trud i czas spędzony w pociągu. Choć niektóre widoczki były spoko - trochę to wyglądało jak amerycki Dziki Zachód na filmach - farmy, pola i kangury :) 
Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się prosto do parku, który znaleźliśmy bez najmniejszych problemów dzięki mojej koleżance z roku, Charlotte, która akurat mieszka w Goulburn. Wszystko mi wytłumaczyła co , jak i gdzie mamy iść także spoko luz.
Kiedy weszliśmy na co tu dużo mówić, niezbyt duży skatepark już trwała rozgrzewka i kwalifikacje do finałowej jazdy.
Kolejna fajna Australijska przypadłość - wszyscy są na maxa wyluzowani, a część przywiozła sobie nawet własne kanapy do siedzenia.  Samochody typu UTE są niezwykle popularne tutaj. UTE to coś w rodzaju pick-upa ale osadzonego na normalnym osobowym aucie. Większość z tych potworków tutaj ma po 400 koni :) Kanpę na pakę, kilka kartonów piwa, ziomale i cała ekipa zabiera się w drogę. Mega mi się to podoba.
Nie wiem czy chce Wam się czytać o samym konkursie i nie wiem też czy chce mi się dokładnie o nim pisać. Chłopaki śmigali całkiem nieźle bez dwóch zdań. O randze konkursu może powiedzieć fakt, że pokazał się na nim ( i wygrał) aktualny mistrz świata w śmiganiu na rolkach CJ Wellsmore.
Konkurs skończył się około godziny 16, Czarosław jeszcze trochę pomarudził, że chce pojeździć więc zawinęliśmy się ze skateparku koło godziny 17.
Ale nasz pociąg do Sydnej był dopiero o godzinie 21 i trzeba było jakoś ten czas zmarnować. Poszliśmy do monopolu (znowu) kupiliśmy karton wińska. Ale przedtem trzeba było coś zjeść - co ciekawe tutaj w Australi są Aldi - pewnie wiecie o czym mówię - klasy mniej więcej Biedronki i Lidla. Nawet podłogi są zrobione z tych samych płytek co u nas w kraju. Poczułem się jak w domu :P
W każdym razie kupiliśmy sobie jogurciki, sałateczki, chlebuś i masło orzechowe. A! No i oczywiście lody bo musieliśmy z patyczków zrobić sobie łyżki do zjedzenia sałatki :) Ale oczywiście kiedy robiliśmy nasze super żywieniowe zakupy musiało się rozpadać. Nie zostało nam nic innego jak usiąść na ziemi pod jakąś markizą sklepową i rozbić nasz mały cygański obóz. Zdecydowanie wyglądaliśmy jak jacyś uciekinierzy z kraju ogarniętego wojną domową. Alabńczycy?
Jak tylko przestało padać i zjedliśmy nasze jedzonko ( z kubków po jogurtach zrobiliśmy wykwintne szklanki dla naszego Szato Brię z bieżącego rocznika) postanowiliśmy trochę ogarnąć miasto. Z większość miejsc w Goulburn można zobaczyć sporą wieżę, która jest zarazem pomnikiem upamiętniającą żołnierzy walczących na frontach II Wojny Światowej. Stoi ona na szczycie góry, która na pierwszy rzut oka wydaje się nie do zdobycia (ale jak się później okazało można podejść pięknym asfalcikiem, choć faktycznie było trochę stromawo)
Ale dwoch polskich wieśniaków nie wiedziało o tym na początku i oczywiście nie dość, że poszliśmy kompletnie w odwrotnym kierunku to jeszcze zachciało nam się ''skrótów'' pierwszy zaprowadził nas przez pole golfowe a drugi na jakieś nie używanie pole, gdzie trawa była po ramiona, a ziemia jeszcze nie wyschła po deszczu. Ale wyprawa była śmieszna i nie pozostało nam nic innego jak śmiać się z naszej ''twardości'' i w międzyczasie raczyć się winkiem :)
Po ciężkich bojach i 30 minutowej wspinaczce udało nam się w końcu wejść na szczyt. I muszę powiedzieć, że to było naprawdę niesamowite miejsce. Widok na całą okolicę, skały, farmy - generalnie rzeźnia. Przycupnęliśmy na zboczu na skałach i rozpoczęły się rozmowy o ''życiu i śmierdzi'' :P
Ale wielkimi krokami zbliżał się czas na powrót do Sydney, zeszliśmy z góry śmignęliśmy na pociąg i grzecznie bez przygód udaliśmy się do Sydney.... no dobra nie do końca. W pociągu byliśmy trochę wcięci i spotkaliśmy bandę Australijczyków, z którymi szybko się ''zaprzyjaźniliśmy'' , jako że byli w podobnym stanie , a nam zostało jeszcze trochę wina, którym oczywiście się podzieliliśmy. I tak oto minęła nam podróż do Sydney.


Kolejna irytująca rzecz w tym mieście, choć pewnie pisałem o niej już -nie ma nocnych autobusów. A jak są to jadą w 3/4 miejsca w Sydney co 123098 godzin.
Także jeśli wysiądziesz w na Głównym po godzinie 12 nie masz szans na dojechanie do Northbridge (tak nazywa się moja okolica) przed godziną 5 rano, chyba że pojedziesz złotówą, ale ta przyjemność kosztuje 25 dolców.
Więc z góry założyłem przed wyjazdem, że śpię u Czarka, który choć nie mieszka w Centrum (wręcz odwrotnie) to ostatni pociąg w jego kierunku jedzie koło 1 w nocy i na niego mieliśmy szansę się załapać. Nie do końca trzeźwi jakimś cudem dotarliśmy do Cezariuszowej okolicy. Wzięło go jeszcze na wypicie piwa, ale jak wszedł do baru bez koszuli i boso to mu powiedzieli, że go nie obsłużą. Nie chciało mu się ubierać więc udaliśmy do w dalszą drogę.


Przekimałem się ładnie pięknie elegancko i rano nastąpił czas na dłuuuuuuuuuuugi powrót do domu. Co tu dużo mówić z Wrocka do Bolca szybciej można dojechać tym szkopskim pośpiechem niż przetarabanić się z Bankstown do Northbridge (zwłaszcza w niedzielę), które oba są przecież tylko dzielnicami Sydney.
Koło 11 byłem w domu i od razu zabrałem się za pielęgnowanie kaca - mrożona kawusia i zimny prych postawił mnie na nogi.


Koło południa dostałem SMS od innego kolegi z roku - Douga. Zapraszał mnie na wspólny wypad do Domain, jednego z parków w centrum miasta. W tym parku odbywał się akurat Tropfest (http://www.tropfest.com/) jest to międzynarodowy festiwal krótkich filmów, a tegorocznym motywem przewodnim zdaje się była żarówka (musi ona być w jakiś sposób wpleciona w akcję, lub być pokazana w kilku kadrach - ale nic na siłę - to nie miały być filmy o żarówce), motyw przewodni wymyślono po to, żeby wiadomo było, że dany film został nakręcony specjalnie na Tropfest.
W każdym razie zdecydowałem się ruszyć w ramach odchamiania :) Spotkaliśmy się koło godziny 20 w parku. Mnóstwo ludzi, wszyscy sobie siedzieli na trawce, popijając piwko i genralnie się czillując. Ja już nie piłem bo chyba miałem dość po przygodach poprzedniego dnia.
Filmy okazały się bardzo spoko i na niezwykle wysokim poziomie, choć część z nich robiona była przez amatorów. Sam festiwal ma chyba jakieś miliard kategorii - nawet jest nagroda dla filmu nagranego telefonem komórkowym.


Także przyjemnie spędzony czas na świeżym powietrzu :)

sobota, 12 lutego 2011

Rok szkolny

           Jak wspomniałem wcześniej niedawno zacząłem rok szkolny tak więc może trochę o tym co robię i co to są za ludzie :)

          90% moich ludzi z klasy to Australijczycy. Pozostałe 10% to nielegalni imigranci tacy jak ja. Przyznać Wam muszę, że już po pierwszym tygodniu grupa podzieliła się na mniejsze ''podzespoły'' i każda z tych grupek trzyma się raczej osobno - mam nadzieję, że to się zmieni to w końcu dopiero 1 tydzień i ciągle się poznajemy. Moja szkolna ekipa składa się z 3 Australijczyków, kolesia z Nepalu i dwóch dziewczyn z Brazylii oraz oczywiście mnie - póki co największa 'klika'' na mieście, ale jak wspomniałem mam nadzieję, że wszyscy się dogadają i nie będzie grupek. Razem z Johnem, Dougiem, Kevinem, Utsabem, Marianą i Beatrice zazwyczaj siadamy koło siebie na zajęciach albo wspólnie wciągamy lunche. Co ciekawe mamy całkiem spory rozstrzał w kategoriach wiekowych - najmłodszy ma 17 lat a najstarsza 33. Reszta ludzi na uczelni to ludzie mniej więcej w moim wieku choć z przewagą ludzi w wieku około 18/19 lat.
           Sama uczelnia wydaje się spoko, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będę miał masę roboty (po pierwszym tygodniu już dostałem napisać esej na 3000 słów) masa projektów, prezentacji, raportów i innych nieprzyjemnych rzeczy. Z drugiej strony wykładowcy wydają się spoko, wszyscy są sympatyczni (może poza babką z webdesign'u) ale na pewno będą wymagający. Po cichu liczę na to, że jako zagraniczny student będę miał trochę więcej luzu.
            Szkoła jest dobrze wyposażona i przypomina trochę te amerykańskie kampusy - wszystko jest blisko i w jednym miejscu, a w czasie przerw studenckie życie koncentruje się w okół szkolnej kantyny, gdzie można wciągnąć coś ciepłego. Oczywiście sporo zieleni i duże ilość studentów zwyczajnie siada na trawie w czasie przerw - co mi się osobiście bardzo podoba, zwłaszcza że pogoda nadal dopisuje :]
           Zajęcia mam od poniedziałku do czwartku, także w dalszym ciągu mam 3 dniowe weekendy co jak na pewno się domyślacie ogromnie mi pasi :]
            Wkurzające jest to, że mimo tego, że jestem studentem to nie przysługują mi zniżki na komunikację miejską. Tygodniowy bilet na wszystkie linie kosztuje w przeliczeniu 120 zł! We Wrocławiu za tą kwotę mogłem jeździć przez 3 miesiące!


   No ale cóż, coś za coś.

niedziela, 6 lutego 2011

100 Lat Pysiu Mysiu Pazdysiu ! !

Sebo staruchu! Wszystkiego najlepszego z okazji Twoich urodziny Gamoniu! Trzymam kciuki za Nuntiusa i oczywiście za pracę licencjacką!

Dziś piję za Twoje zdrowie!


A tak w ogóle to pamiętasz kiedy było robione to zdjęcie? 6 lat temu...?

piątek, 4 lutego 2011

TAFE NSW

No i stało się - skończyły się wakacje dla Pana Berdzika, gorzej, że od pewnego czasu nie odzywają się z pracki i teraz zacznie się tylko i wyłącznie szkoła -  TAFE.


Ale jak o co dokładnie chodzi z tym TAFE'm? Szczerze mówiąc sam do końca nie jestem pewien. Skrót rozwja się Technical and Further Education. Jest to coś w rodzaju państwowego College'u/Uniwerku/Polibudy - nie znam polskiego odpowiednika dla tego rodzaju uczelni. W każdym razie nauka na TAFE jest znacznie tańsza niż na Uniwerku, no i oczywiście kursy trwają z reguły maksymalnie rok ( tak jak mój). Po rocznej nauce uzyskuje się ''Diploma'' - i znowu nie znam polskiego odpowiednika... najbliżej temu chyba do podyplomówki choć, żeby złożyć podanie na przyjęcie na TAFE wystarczy świadectwo maturalne. Sporo Australijczyków kończy swoją edukację na licencjacie wtedy zazwyczaj wybierają TAFE gdyż jest to w sumie uczelnia techniczna i sporo praktyki się dzieje.


I jak może się orientujecie dziś odbyło się spotkanie dla zagranicznych studentów - nie ma ich w sumie jakoś strasznie dużo. W każdym razie w moim kursie (Media i Komunikacja) nie dość, że jestem jedynym facetem to jeszcze jedynym Europejczykiem spośród reszty studentów zagranicznych. Mam nadzieję, że będą jacyś spoko Australijczycy, god damn it!


Ale pierwsze wrażenie pozytywne - nauczyciele otwarci, wygląda na to, że znają się na rzeczy. Czuje się, że naprawdę nie są tacy straszni, a panie w dziekanacie są miłe - szczególnie dla zagranicznych studentów ( przecież trzeba pokazać temu barbarzyńcy z jakiś zimnych komunistycznych lasów Polski jak wygląda Australijska gościnność)


Zajęcia mam od poniedziałku do czwartku - także 3 dniowy weekendzik mi wpada z czego jestem niezmiennie rad! Nie wziąłem aparatu, ale jak będę pomykał na uczelnię w poniedziałek to zabiorę i porobię focie samych budynków. Choć te szczerze mówiąc wyglądają trochę jakby projektował się sam Edward Gierek - w środku ''drewno'' i cegły. Ale ma swój klimat. Przyznam, że nie widziałem wszystkich sal wykładowych, ale tam gdzie stoją kompy wygląda to już całkiem fajnie.


Martwi mnie trochę program, bo z tego co widziałem szykuje się powtórna droga przez mękę z photoshopami, css'ami i innymi programami do tworzenia stron internetowych tudzież obróbki graficznej zdjęć. I generalnie wygląda na to, że będę miał sporo pracy :(


Ale co tam!




aha! I jeszcze jakby ktoś sobie chciał obczaić z czym to się je
https://www.tafensw.edu.au/

wtorek, 1 lutego 2011

Sydney

Przeglądając to co do tej pory wrzuciłem na bloga stwierdziłem, że nie za dużo napisałem Wam o samym Sydney.


Ani Sydney ani Melbourne nie jest stolicą Australii - to tak tytułem wstępu.


Ale trzeba przyznać, ze Sydney jest najludniejszym miejscem w Australii z populacją około 5 milionów - co 4 mieszkaniec kontynentu Australijskiego mieszka w tym mieście.


I choć większości ludziom Sydney jawi się jako tropikalne miejsce to nie do końca tak jest. Oczywiście, że latem jest gorąco, ale na przykład na północy w tak zwanym Gold Coast w stanie Queensland ( tam gdzie teraz te powodzie) to są prawdziwe tropiki. Tutaj ludzie generalnie przyjeżdżają za pracą - Sydney to bezapelacyjnie finansowa stolica Australii, o miano kulturalnej bije się Melbourne ( i Australian Open i Formuła 1 są w Melbourne).
Centrum miasta wygląda jak typowe Amerykańskie duże miasto - proste ulice, wielkie banery reklamowe. Ale jest kilka znaczących różnic - większość ludzi, których spotkać można w ścisłym centrum to Azjaci! 80% mijanych typów nie jest Australijczykami, przez to na ulicach można usłyszeć niemal każdy język Azji, ale żeby usłyszeć angielski to trzeba nieźle wytężać słuch. Co innego na przedmieściach - tam dominują biali - z tego względu, że marzeniem każdego Australijczyka jest mieszkanie w domu z ogródkiem, podczas gdy Azjaci zazwyczaj tłoczą się w mieszkaniach po kilkanaście osób w okolicach centrum miasta.
Z powodu ilości tych domków Sydney jest niezwykle rozległe - można 1,5 godziny jechać pociągiem i dalej znajdować się w obrębie miasta.
Jako, że kraj jest młody to i miasta są nowoczesne - w Sydney nie stoi się za dużo w korkach, a na pewno mniej niż w moim ukochanym Wrocławiu, zwłaszcza jak trzeba się w godzinach szczytu przebić z Psiaka do Centrum. Kolej miejska jest szybka, i gdyby tylko władze Stanu zgodziły by się na przyznanie studentom zagranicznym zniżek na komunikację miejską, była by również tania.
Oczywiście najczęściej odwiedzanym miejscem jest Centrum z dzielnicą The Rocks - najstarszy region miasta ( patrzcie! ten budynek ma AŻ 150 lat! ) z mnóstwem trochę bardziej ekskluzywnych knajpek, ale i da radę znaleźć coś na bardziej studencką kieszeń.
W The Rocks znajduje się również przystań promów - Circular Quay. To stąd kursują promy po zatoce. Co ciekawe promy są jednymi z najchętniej wybieranych środków transportu i kupując bilet ''na wszystkie linie'' można na nim pływać promami.
Muszę przyznać, że nie byłem jeszcze w każdej dzielnicy Sydney, ale też nie wszędzie jest po co jechać.


Najbardziej imprezowym miejscem w Sydney jest oczywiście King's Cross i Oxford St. To tu odbywa się nocne życie miasta, jest to też miejsce spotkań gejów. Jak się w nocy przejdzie po Kings Cross to niemożliwym jest nie zobaczenie gejowskiej pary. Jest to też miejsce najczęściej patrolowane przez policję - kiedyś King's Cross było jeszcze bardziej dzikie, wręcz speluńskie - dziś trochę się podobno ucywilizowało.
A propos policji - jest jej zaskakująco mało, nie widzi się dużo policji. Ale jak chodzą to tych ''niepewnych'' rejonach to chodzą z pieskami, które wyczuwają ganje. Na szczęście posiadanie marihuany w tym kraju nie jest poważnym wykroczeniem i jeżeli znajdą przy Tobie torebkę to zazwyczaj spiszą (albo i nie) zabiorą gandzię i puszczą wolno. Kłopot zaczyna się dopiero po 3 zatrzymaniu.


Generalnie w samym centrum, ale także na przedmieściach jest dużo zieleni, parków i boisk do różnych rodzajów  sportów.


Zapomniałem o czymś?



poniedziałek, 31 stycznia 2011

Bundeena

W ogóle to zapomniałem napisać o tym niesamowitym miejscu, a chyba jak do tej pory to z krajobrazu to nic tego nie przebije.

Bundeena to półwysep leżący jakąś godzinę jazdy pociągiem od centrum Sydney - choć w dalszym ciągu jest to jednak Sydney. Wybrałem się tam w przeddzień wyjazdu do Port Stephens na sylwka. Wraz z moim kolegą Davidem i koleżanką Zuzi (odpowiednio z Czech i Słowacji) postanowiliśmy zrobić coś fajnego a nie siedzieć na  tyłku w mieście - wyszło, że jedziemy do Bundeeny.

Spotkaliśmy się o godzinie 7 rano przed Central Station - głównym dworcem kolejowym w Sydney gdzie wsiedliśmy w miejski pociąg i z wolna przemieszczaliśmy się w wybranym kierunku. Pociąg jak pociąg chyba nie muszę Wam tłumaczyć jak to działa hę? W każdym razie po godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce. Ale żeby dostać się na półwysep trzeba było z pociągu przesiąść się na prom - co akurat było bardzo przyjemne gdyż już koło godziny 8/9 rano robi się naprawdę gorąco. Po 20 minutowej podróży promem zdesantowaliśmy się na brzeg i po uprzednim kupieni kilku piwek na drogę i zorientowaniu się w sytuacji ruszyliśmy na trasę - oczywiście pieszo.
Cała trasa wzdłuż wybrzeża ma jakieś 16 km - jakieś 4 godziny marszu. Wydaje się straszne, ale w rzeczywistości to całkiem przyjemny spacer kiedy idzie się brzegiem klifu słońce grzeje, a od oceanu wieje chłodząca bryza. Niestety kupiliśmy tylko 6 pack i piwo szybko wyszło.
Cały ten region jest parkiem narodowym ze względu na Aborygenów - to jest ich święta ziemia i można spotkać znaki przypominające turystom, że należy zachowywać się godnie. (Kto ma FB to wie jak to wygląda, a Ty Miłanku zwyczajnie musisz sobie założyć : P )
Ale widoki tam są naprawdę nie z tej ziemi - wielkie fale rozbijające się o 40 metrowe klify, dzikie plaże jakich w okolicach Sydney jest bardzo mało. Naprawdę można poczuć coś magicznego w takim miejscu.
Jak się oczywiście domyślacie przejście 16 km zajęło nam trochę czasu, ale o dziwo nie czuliśmy jakiegoś większego zmęczenia - wszystko byłoby dobrze gdyby nie żar lejący się z nieba i wysysający z nas energię. Dobrze, że mieliśmy sporo wody i to piwo na początku bo choć wypiłem chyba z 5 litrów wody to w ogóle nie chciało mi się sikać.
Ale nie uwierzycie jak dobrze smakował zimny Poweraide (w kolorze niebieskim - i tu muszę przyznać, że to Kamil mi wgrał go ). Chyba jedna z najlepszych chwil w moim życiu :P


A tutaj sobie ćwiczyłem karate. A co!


Super święta skała Eagle Rock.


A tu najzwyklejszy widoczek na klify, o których wspomniałem wcześniej



Po powrocie do domu padłem wydymany jak koń po westernie. Ale zdecydowanie było warto  ! ! !

czwartek, 27 stycznia 2011

Dziś są Twoje urodziny!

Jako że dziś jeden z moich najlepszych przyjaciół ma urodziny (23!) to wypada złożyć życzenia!

Mój ukochany Kamilku - zdrówka, kasy i szczęścia. Oprócz tego trzymam mocno kciuki za Twoją pracę inżynierską, choć wiem, że rozpierdolisz ich z palcem w dupie!

                                                        ( zdjęcie chyba sprzed 2 lat )


Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Ziom!

wtorek, 18 stycznia 2011

Brazylijska piła i bbq

Ostatnimi czasy stało się u nas w domu tradycją, że co niedzielę śmigamy sobie na boisko i gramy w nogę. Nikogo nie powinno to dziwić w końcu większość moich współlokatorów to Brazylijczycy. Ale w zeszłą niedzielę postanowiliśmy zrobić jeszcze sobie grilla, jako że jeden z naszych Brazylijczyków miał urodziny. Do boicha mamy może jakieś 5 minutek piechotką także zapowiadało się na przyjemny spacer... ale co tu dużo mówić - jakieś 300 metrów po wyjściu z domu zacząłem się topić. Zwyczajnie dla mnie tak wysokie temperatury to jest lekki przesadzym. Nawet Brazylieros, którzy przyzwyczajeni są przecież do tak wysokich temperatur zaczęli narzekać na gorąco. Ale grać trzeba - to przecież religia u nich :) Boisko jest trawiaste, nie ma  żadnych bramek bo przy okazji jest to boisko do krykieta, baseballu i jeszcze miliarda innych sportów. Bramki zrobiło się z plecaków, podzieliło się na 2 drużyny ( a było co dzielić - było nas 10 chłopa) i po chwili bez żadnych butów rozpoczęliśmy mecz. Gra się super, a Brazylieros naprawdę potrafią grać. Nie wszyscy co prawda, dzięki czemu mogłem powymieniać kilka piłek i nie byłem najgorszy na boisku :) W miedzy czasie w pobliskim parku jakaś rodzinka robiła super słodkie urodziny swojemu dzieciakowi - super baloniki i takie pierdoły. Widzieli, że latamy po tym boisku i zauważyli, że powoli robimy się zmęczeni - zwłaszcza, że słoneczko naprawdę naparzało. I tu ciekawa sprawa - w Polsce właściwie nie spotykana - rodzinka przyszła do nas, żebyśmy chwilę odpoczęli, dali nam ciastka, a my odśpiewaliśmy dzieciakowi 100 lat po brazylijsku - no dobra ja nie śpiewałem :p
W każdym razie pytali skąd jesteśmy i co robimy i takie tam.
Po meczu (moja drużyna przegrała) poszliśmy wydymani do domu wrzucić się pod zimny prych. Kiedy wszyscy się ogarnęli poszliśmy do markietu kupiliśmy 3 zgrzewki browaru, kupę mięcha, węgiel i zaczęło się wielkie grillowanie. Jako, że byłem jedyny Polak zaraz zaproponowano mi się skombinowaną gdzieś ruską wódkę (nie omieszkałem podkreślić, że Polska wódka jest miliard razy lepsza). Ale nie tylko - Brazylijczycy zrobili mi Caipirinha'e - drink z cytryną, ichniejszym alkoholem kashasą i cukrem.... M I O D Z I O ! I do tego wszystkiego oczywiście browarek i mięsko. Wszystko byłoby oko gdyby nie to, że było tak kuresko gorąco.


W każdym razie posiadówa skończyła się dopiero koło 12 i niektórzy najtwardsi Brazylieros poszli żygać... LAME :D

piątek, 14 stycznia 2011

Wakacjów ciąg dalszy

       Trochę zaniedbałem blogaska, ale tak jak pisałem na początku - z moim słomianym zapałem można było się tego spodziewać. Ale skrobnę coś :)

      Jednym z ważniejszych punktów wakacji tutaj była oczywiście Wigilia z Brazylijczykami i Sylwestrowy wyjazd pod namioty.


     Jako, że Wigilia był szybciejsiej to napiszę o niej pierwej. Święta w Brazylii wyglądają mega inaczej niż u nas. Przede wszystkim różnią się potrawy, ale do nich jeszcze wrócę. Dla mnie największym szokiem była pora i atmosfera. U nas w kraju, Wigilię spędza się z rodzinką zmulając - kolację ( zależności od tradycji rodzinnej) je się koło 18 / 20. Natomiast Brazylieros nic nie jedzą aż do północy! Dopiero o 12 można jeść - wcześniej zazwyczaj są rozmowy przy piwie - najczęściej o piłce nożnej oczywiście, choć jako że byłem jedynym nie Brazylijczykiem na kolacji sporo rozmawialiśmy o tym jak wygląda Polska i Europa w porównaniu z Brazylią. Co ciekawe dla nich to my jesteśmy mega egzotyczni i śnieg w grudniu lub styczniu nie mieści im się w głowie - precyzując, choć wszyscy są tutaj ode mnie starsi nigdy w życiu nie widzieli śniegu! I to, że u nas jest mnóstwo puchu o tej porze roku wydawało im się niewiarygodne.



Co do potraw - okazuje się, że przysmakiem w Brazylii jest coś na kształt naszej sałatki warzywnej tylko jest jedna różnica... oni do całej potrawy dodają kupione w sklepie chipsy! Na początku byłem sceptyczny, ale dałem się przekonać - i nawet było całkiem dobre :) Mają też coś na kształt proszku - jedzą korzeń w proszku. To niby jakaś specjalna roślina, która sobie rośnie i tradycyjną formą jedzenia jej jest właśnie w formie proszku. Niestety nie mam zdjęć, ale wygląda to trochę jak nasza bułka tarta i jest podobnej konsystencji. Smak? Szału nie było. Pamiętam jeszcze, że była pieczeń w sosie musztardowym - za cholerę nie wiem co to był za rodzaj mięsa, ale było bardzo smaczne. No i jak wspomniałem wcześniej piwo jest nieodłącznym składnikiem ichniejszej Wigilii. Do kościółka śmigają wcześniej niż my - koło godziny 17 - i oczywiście nie ma pasterki.
Po godzinie 12 kiedy wszyscy już zjedli zazwyczaj całe towarzystwo się rozchodzi do klubów na wielką imprezę. Wygląda to bardziej jak Sylwester niż Wigilia, ale z kolei Sylwek jest u nich bardziej rodzinnym świętem i wygląda bardziej jak nasza Wigilia :)


Na Sylwestra zdecydowałem się opuścić Sydney - wiem, przegapiłem fajerwerki, ale postanowiliśmy ze znajomymi ruszyć się poza miasto, gdyż jak wiecie u mnie pełnia lata i potrafi być mega gorąco. Zwłaszcza w mieście. Wraz z trójką Kolumbijczyków i Irlandyczkiem ( jeśli przeglądacie FB to wiecie jak wyglądają i o kim mówię) postanowiliśmy wynająć samochód i ruszyć na północ w poszukiwaniu pięknych plaż i trochę oddechu od 5 milionowego Sydney. Zamówiliśmy sobie kamping w Port Stephens (trochę nasze Międzyzdroje dla mieszkańców Sydney) i ostatniego dnia grudnia ruszyliśmy w drogę. Jako że nasz Irlandczyk jest też przy okazji Australijczykiem pokazał nam po drodze kilka fajnych miejscówek. Czasem szczena opadała - zdecydowanie warto odwiedzić :)
Droga zajęła nam około 4 godzin, ale szybko minęło na wygłupach i innych pierdołach. Jako, że Ciaran (Irlandczyk) jest fanem AC/DC podróż minęła głośno. Oczywiście nie obyło się bez sytuacji awaryjnych - tutaj jak wyjedzie się poza większą aglomeracją NAPRAWDĘ trzeba uważać na kangury - lubią skubane wyskoczyć w ostatniej sekundzie przed maskę. Nam na szczęście udało się w żadnego nie uderzyć, ale jeden gamoń przeskoczył nasz samochód kiedy próbowaliśmy ochłonąć po mocnym hamowaniu...
Kamping okazał się całkiem spoko - basen, kręgle, mini-golf i takie pierdołki.
Ale najważniejsze jest to, że było niedaleko do plaży. Moją ulubioną była plaża nazwana Zenith - to ta gdzie na FB mam zdjęci strzelone z rąsi. Naprawdę coś niesamowitego - ogormne fale, woda ciepłutka, piwo zimne. Raj.
Generalnie cały wypad spędziliśmy na różnych plażach w okolicach Port Stephens, ale udało nam sie także zobaczyć delfiny (zgodnie ustaliliśmy, że delfiny ''are gay'', ale także ogromne piaszczyste wydmy w okół wybrzeża.
W Port Stephens jest jedyne miejsce na wschodnim wybrzeżu Australii gdzie można zobaczyć jak słońce zachodzi nad morzem - widok jest naprawdę niesamowity.
Generalnie bardzo dobry wypad, kilka razy nawet udało mi się narąbać :)
No i nad naszymi namiotami zdecydowała się przekimać koala, więc dodatkowa atrakcja - nigdy nie widziałem dzikiej  koali :D

W drodze powrotnej do Sydney zdecydowaliśmy się ruszyć do Hunter Valley - jest to największy w Australii region produkcji win. Mnóstwo winnic i naprawdę super widoczki. Dodatkowym bonusem oczywiście jest to, że w każdej winnicy jest darmowe próbowanie - także po odwiedzeniu 5 byłem już nieźle zaprawiony nie wydając ani centa!

niedziela, 19 grudnia 2010

Wakacje!

Niedawno zaczęły mi się wakacje i postanowiłem w ramach weekendowego opierdzielania się ruszyć się do tutejszych ogrodów botanicznych. Naprawdę ekstra sprawa, można sobie łazić po trawie, grać w piłę i takie pierdoły. Mnóstwo ludzi zwyczajnie w przerwach w pracy wychodzi tutaj i sobie na ławeczkach albo na trawce wciągają śniadanka. Wszystko to w zasięgu kilku metrów od ścisłego centrum
Także Miłanku, jak się pojawisz to śmigamy :]

Następną spoko sprawą, której w Polsce się nie obserwuje są świąteczne dekoracje autobusów. Potrafię zrozumieć dlaczego u nas się tego nie robi - śnieg zaraz by wszystko rozpieprzył, a i nasi miejscowi żule szybko by się z ozdobami rozprawili. W każdym razie tak wyglądają teraz autobusy w Sydney. Oczywiście, że nie wszystkie, ale na pewno co 4.


Mareczek chciał jeszcze jakiś widoczek - proszę Cię bardzo !


Czekam na Was Gamonie w Sydney. Więc kombinować i wpadać !

wtorek, 14 grudnia 2010

Anormalność

Nie wiem czy jestem do końca normalny. Jestem tutaj mniej niż 3 miesiące, a już myślę, że nie chcę wracać zaraz potem do Polski. Ale zdecydowanie nie chcę zostać dłużej w Australii. Już myślę co chcę robić po zakończeniu mojego pobytu tutaj. Ciągle mnie ciągnie do czegoś nowego i nie wiem czemu ale szybko się nudzę. Kompletnie zmieniła mi się filozofia odnośnie związków i takich tam ''poważnych'' bajerów. Już nie chcę chajtać się w wieku 25 lat i zaraz potem mieć dzieciaka. Zamiast tego chcę podróżować i choć wiem, że pewnie zmienię moje plany jeszcze jakieś miliard razy to na chwilę obecną marzy mi się dłuższy pobyt w Indiach a w szczególności Nepal i Himalaje. Wiem, że może to zabrzmi jak z ameryckich filmów, ale naprawdę mam ochotę poznać filozofię buddyjską i posiedzieć sobie w takich klimatach trochę dłużej. A, że widoki będą sprzyjały kontemplacjom tym lepiej :)
I jak mój słitaśny blogasek ma coraz więcej czytelników to pozdrawiam Olę :D

środa, 8 grudnia 2010

Było o mnie głośno....

Nie uwierzycie, ale wczoraj w Akademickim Radiu Luz był około godzinny program, którego niżej podpisany był głównym bohaterem :) Zdarza mi się słuchaj Luzu przez net tutaj bo nawet czasem puszczą coś fajnego. W pewnym momencie spiker pyta co ciekawego można porobić w taką pogodę we Wrocławiu. Jako, że mam ich na gg postanowiłem troszkę biednego prowadzącego pognębić - napisałem, że tutaj w Australii to najlepiej ruszyć się na plaże bo jest zdecydowanie z gorąco na robienie czegoś innego. Tak oto zaczęła się nasza rozmowa, o moich planach, skąd się w ogóle w Australii wziąłem i jak mi się tu żyje. Sprzedałem newsa o tym, że jedyną wzmianką o Polsce w tutejszych mediach był ten Jezus ze Świebodzina :)
Potem generalnie sobie trochę pogadaliśmy i całkiem spoko.
Także teraz to już jestem na maxa sławny i jakby ktoś chciał autograf to wie gdzie mnie znaleźć :D
Elo!

czwartek, 2 grudnia 2010

Haka!

Zostałem fanem Haki. Bez dwóch zdań. Co to jest Haka? Jest wykonywana przez wojowników przed bitwą, miała ona ukazać ich siłę, wolę zwycięstwa i w ten sposób przestraszyć lub odstraszyć przeciwnika. Najlepiej wpisać w tubę ''haka'' na pewno wyskoczy z milion wyników. W każdym razie dziś po zajęciach poszliśmy do baru na kilka piwek i co czwartkowego bilarda. Po partycje albo dwóch ktoś wpadł na pomysł zakładu - jeśli jaz moim kolegą z drużyny Danielem przegram to musimy się przeczołgać pod stołami, jeśli Cody z Ciaranem to muszą odstawić Hakę. Przyznać muszę, że pierwszą partię przegraliśmy sromotnie i nie pozostało nam nic innego jak ku ogólnej uciesze innych graczy i ochlapusów przeczołgać się pod tymi durowatymi stołami - trochę się z nas pośmiali, ale generalnie wesoło :) Ale jako, że jesteśmy twardzi zaproponowaliśmy rewanż na takich samych zasadach. I znowu nasze dupska zostały skopane.... prawie :) Została im do wbicia czarna bilia, a umówiliśmy się, że trzeba wcześniej ustalić do której uzy wbija się bilę. I jak się pewnie domyślacie chłopaki pierdolnęli nie tam gdzie trzeba. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy około 100 ludzi którzy tam byli na mój ryk radości,a chwilę potem jak dwóch białasów (Australijczyk i Irlandczyk) zaczęli Hakę.... mało powiedziane dostali za to piwko w grarisie. Ale co się pośmiałem to moje :)


wtorek, 30 listopada 2010

If you're gonna be dumb you have to be tough!

Szalone kilka ostatnich dni.
Do mojego domu wprowadził się ziomek z Polski. Jako mój rodak przywitał się odpowiednio ( 0.7). Koło godziny 17 w niedzielę byliśmy już porobieni. Zamiast zostać grzecznie w domu postanowiliśmy ruszyć się do miasta na bilarda i jakieś piwko. Zadzwoniłem do kilku znajomych i ustawiliśmy się w shark hotel na liverpool st.  Po kilku piwkach nikt nie chciał kończyć imprezy. No to wiadomka - zrzuta na krate browarów i idziemy w plener. ''Plener'' w Sydney zazwyczaj oznacza chlanie w parku. Mając już nieźle w czubie rozsiedliśmy się na ławce w Hyde Parku przy fontannie. Kulturka. Z tym, że po jakimś czasie zaczęło nam odpierdzielać i skończyło się kąpielą w fontannie. Nago. Uczciwie muszę przyznać, że osobiście się nie kąpałem bo nie za bardzo byłem żywy. Chwile po kąpieli dołączył do nas Australijczyk, który własnie uciekł ze szpitala psychiatrycznego... serio! Wymknął się, żeby napić się piwa i zajarać szluga :D
 Koło 2 albo 3 alkohol się skończył i ruszyliśmy na miejscówe do spania. Spaliśmy u znajomka na chacie, którą dzieli z innymi zagranicznymi studentami, a właściwie powinienem powiedzieć studentkami. Głównie z Fracji.
Wyobraźcie sobie ich zdziwienie kiedy nad ranem zobaczyły mnie - 100 kilogramowego wieloryba, raczej nie ogolonego i ciągle pijanego śpiącego na ich kanapie o 6 rano w poniedziałek
A w poniedziałek - na 8 rano mam do szkoły i akurat tego dnia musiałem w niej być. Więc wstałem, ubrałem buty powiedziałem ładnie ''bye'' do moich nowych ''koleżanek'' i pobiegłem na autobus, żeby coś się ogarnąć i jeszcze ruszyć się na uczelnię
Szkoła była straszna.

sobota, 27 listopada 2010

Yo!

 Kolejny dzień w słonecznym Sydney. Dziś jak zapowiadałem ruszyłem dupę do biblioteki, ażby przygotować ten durnowaty esej o internecie. Jak nie dasz 3 albo 4 źródeł książkowych to zostajesz ukamienowany... No dobra może nie do końca, ale naprawdę nie polecam używania tylko netu tutaj. To trochę jak w ameryckich filmach - każdy dzieciak mówi, że nie może iść na super młodzieżową banię do Mike'a bo musi iść do biblioteki. Całą swoją karierę naukową spędziłem raczej nie specjalnie przesiadując w tego typu instytyucjach, podczas gdy tutaj jeśli nie chcę być wywalony bo kilku dniach będę zmuszony poświęcać na to czas. Ale za to nadrabia to wszystko takim klimatem akademickim, którego moim zdaniem brakuje na naszych polskich uczelniach. Zdjęcie niżej przedstawia część kampusu uniwerku technicznego Sydney, gdzie ostatnio zdarzyło mi się pograć trochę w kosza. Czy aż się kurde nie chce studiować? Zaraz obok jest basen, korty tenisowe i takie bajery, a cała reszta parku też naprawdę robi nieziemskie wrażenie.
Na focie niżej możecie zobaczyć jak wygląda budynek uniwerku. Spoko są takie stare kilimaciwa, pachnie długą tradycją akademicką ( no może ''długa'' nie jest tutaj najlepszym słowem, kraj ma raptem 200 lat z hakiem) Ale spoko jest, że wszystko jest na kupie i jest gdzie posadzić tyłek w przerwach zajęć albo po nich. Syfu brak.

piątek, 26 listopada 2010

Kurde. Odzwyczaiłem się od nauki jako takiej. Na studiach kazano mi zaliczać egzaminy a nie umieć cokolwiek. Teraz niestety sporo się zmienia. Do szkoły codziennie na 8 rano i nie ma przebacz. No i muszę się uczyć. Dacie wiarę? Dzień w dzień! Jutro jest sobota a ja jak każdy człowiek w moim wieku powinienem leczyć kaca, ale zamiast tego idę do biblioteki zbierać materiały na mój najnowszy esej... A jeszcze nawet nie zacząłem nauki na uniwerku tylko szlifuję angola! Czasem wydaje mi się, że Australijski system edukacji ssie!

No to jadziem!

Zachęcony przez kolegów z uczelni postanowiłem spróbować swoich sił jako blogger. Zobaczymy jak długo uda mi się cokolwiek pisać bo znając mój słomiany zapał pewnie skrobnę jeszcze ze 3 posty i będzie po blogowaniu. Ale co tam :)